*oczami Lily*
Wiem, że prochy marnują życie, bardzo związałam się z Justinem, dlatego chciałam mu pomóc. Kolejny raz popełniłam ten błąd - powiedziałam to, czego nie trzeba osobie, która jest na głodzie. Właściwie to nie wiem czemu, ale jeszcze go uderzyłam.
- Oj mała, przesadziłaś. - Justin niebezpiecznie się do mnie zbliżył, Liam zareagował szybko. Obaj z Harrym trzymali go.
- Niech weźmie, to nie zrobi ci krzywdy. - Harry zabrał mi woreczek. Dał Justinowi, nie mogłam na to patrzeć, więc poszłam na górę i zamknęłam się w moim dotychczasowym pokoju. Dlaczego przez to gówno wszystko się wali? Dlaczego też nie mogę mieć normalnych znajomych? Miałam ochotę porozmawiać z Maxem, brakowało mi go bardzo, a przed jego wyprowadzką powinnam spędzać z nim jak najwięcej czasu. Wzięłam telefon i zadzwoniłam do niego.
- Lily? - usłyszałam jego głos, czułam, że się uśmiecha.
- To ja Max. Musimy się spotkać. - między czasie przebrałam się w moje ciuchy.
- Okej, kiedy i gdzie? - byłam już gotowa do wyjścia.
- Przyjdź pod ten adres. - dokładnie wytłumaczyłam mu gdzie znajduje się dom Justina.
- Zaraz będę. Daj mi 10 minut. - cudownie, nie chciałam być tu dłużej.
- Okej. - posprzątałam po sobie w pokoju, zeszłam na dół. To co mnie tam zastało - koszmar. Justin siedział na krześle przy stole i wciągał koks, Liam palił marihuanę, a Harry otwierał wódkę. Cieszyłam się, że stąd wychodzę. Ćpuny i alkoholiki.
- Gdzie idziesz? - poczułam szarpnięcie nikogo innego jak Justina.
- Wychodzę stąd, baw się dobrze. - szarpałam się z nim.
- Chcesz trochę? - pomachał mi woreczkiem przed oczyma.
- Dobrze wiesz, że nie. - nie mogłam znieść mojego bólu psychicznego.
- Stary, nie dawaj jej tego. - usłyszałam głos Liama, miałam wrażenie, że ciągle był normalny. Justin mnie puścił i wrócił do swojego poprzedniego zajęcia. Wyszłam przed jego dom trzaskając drzwiami. Za chwilę zza rogu zjawił się Max. Podbiegłam do niego, a on miał przerażoną minę. Zapomniałam, że mam znaki po rozmowie z Zaynem.
- Lily, co ci się stało? - zaczął delikatnie opuszkami palców dotykać moich ran.
- Poszłam do Zayna, aby powiedzieć mu, że to koniec, zapomniałam, że był na głodzie i właśnie tak mnie potraktował. - teraz jednak bardziej bolało mnie to, jak zachował się Justin.
- Co za skurwysyn. - Max zacisnął szczękę.
- Spokojnie, już siedzi. - uspokoiłam go.
- Siedzie w pierdlu? - lekko się zdziwił.
- Tak. - zaczęłam iść na przód.
- A co ty robisz w tej okolicy? - Max szedł ze mną równym krokiem.
- Byłam u Justina. - chyba nie mówiłam mu, kto to jest Justin.
- U kogo? - Max spojrzał na mnie.
- Poznałam go u Zayna kiedyś, ale on jest trochę inny niż te zwyczajne ćpuny. - trochę jest, fakt.
- Mała, będziesz znów cierpiała, nie wpakuj się znów w żadne gówno. Obiecaj. - Max stanął na przeciw mnie.
- Obiecuje Max. - uśmiechnęłam się do niego.
- Zabieram cię na lody, co? - Max szturchnął mnie ramieniem.
- Co? - wybuchłam śmiechem.
- Z czego się śmiejesz? - spojrzał na mnie jak na psychopatkę.
- I myślisz, że teraz weźmiesz mnie za rączkę i pohasamy na lody? - nie mogłam opanować śmiechu.
- Lily, co jest z tobą? Zmieniłaś się w ciągu dnia. - Max zaczął na mnie krzyczeć.
- Nie, nie kochaniutki, ja dorośleje. - pomachałam mu palcem przed oczyma. - A teraz zabierz mnie na piwo. - pokiwałam paluszkiem, aby poszedł za mną. Tak też zrobił. Poszliśmy do piwiarni za rogiem. Max kupił nam po piwie, kiedy postawił je przede mną, dorwałam się do niego jak małe dziecko do butelki z mlekiem.
- Lily, doroślejesz. - Max również zaczął pić. - Nie podoba mi się to. - po chwili dodał.
- Max, nie zawsze będę taką malutką istotą. - patrzyłam na jego wyraz twarzy, był zły.
- Szkoda, bo taka jesteś najlepsza. - mruknął. Po chwili zadzwonił jego telefon, odebrał. Po chwili rozłączył się. - Muszę iść. - nagle wstał i bez pożegnania wyszedł. Dokończyłam piwo i też wyszłam. Udałam się do domu, po chwili w oddali zobaczyłam karetkę, która stoi obok mojeo domu. Szybko podbiegłam i zobaczyłam naszych sąsiadów, którzy stoją obok drzwi wejściowych. Za moment z domu wyszli ratownicy, którzy na noszach wynieśli mojego ojca. Co tu się do cholery dzieje?
- Lily. - zaczepiła mnie moja sąsiadka, widziała, że jestem zdezorientowana.
- Co się tu dzieje? - spojrzałam na nią załzawionym wzrokiem.
- Poszłam do twojego ojca, wiesz, że lubię czasem z nim porozmawiać, kiedy nie otwierał otworzyłam drzwi i zobaczyłam jak leży na podłodze nieprzytomny. Zadzwoniłam po pogotowie. Ale nie wiem co się stało. - poklepała mnie po ramieniu.
- Dziękuję. - podziękowałam kobiecie i podeszłam do ratowników. - Co mu się stało? - spojrzałam na jednego z ratowników.
- Jesteś córką? - obleciał mnie wzrokiem.
- Tak. - gestem ręki pozwolił mi wsiąść do karetki.
- Twój ojciec miał zawał, na szczęście w porę się zjawiliśmy. Będzie musiał poleżeć w szpitalu z tydzień, a potem wszystko będzie dobrze. - kamień z serca, nie mogło mi go zabraknąć.
- To dobrze. - złapałam ojca za rękę. Po chwili byliśmy w szpitalu, ratownicy szybko zabrali go na badania, a mi kazali czekać. Podeszła do mnie pielęgniarka.
- Coś potrzebujesz słonko? - była uśmiechnięta, chciałam zwrócić się do niej po nazwisku, spojrzałam na plakietkę - Pattie Bieber. To matka Justina!?
- Dziękuję, ale niczego mi nie potrzeba. - uśmiechnęłam się do kobiety, przy okazji dając jej do zrozumienia, że chcę być sama. Badania trwały tak cholernie długo...
*oczami Justina*
Dlaczego znów zawiodłem kogoś, na kim mi zależy? Dlaczego jestem dupkiem? Kiedy prochy mnie puściły, dopiero zdałem sobie sprawę, że Lily wyszła wściekła. A przecież mi na niej zależy. Cholernie ciężko jest utrzymać przy sobie osobę, na której nam zależy.
- Stary, bierzesz? - z rozmyśleń wyrwał mnie Harry, pytając czy biorę prochy.
- Trzeba z tym skończyć, nie uważacie? Te pieprzone prochy rozpierdoliły nam życie, nie? - rzuciłem woreczkiem z białą, sypką zawartością.
- Popierdoliło cię? - Harry używając dużo siły odepchał mnie, a ja upadłem na kanapę.
- Skąd ta zmiana? - Liam usiadł obok mnie.
- Chcesz do końca życia być sam? - spojrzałem na niego.
- Czego sam? - zaśmiał się. - Patrz co ja mam dla ciebie. - nagle do salonu weszła dziunia, znałem ją, była do wynajęcia w jednym z burdeli, kilka razy sam ją wynajmowałem. - Proszę, jest dla ciebie. - Liam rozsiadł się na kanapie.
- Sorry stary, ale nie mogę. - wyszedłem z jak największą prędkością z mojego domu i udałem się do domu Lily. Nie, chwila, nie wiem gdzie ona mieszka, wiedziałem tylko w jakiej okolicy. Kiedy byłem już na miejscu, spotkałem starszą panią.
- Przepraszam, gdzie mieszkają państwo Jonesowie? - kobieta wskazała palcem ja dużo biały dom z ogrodem.
- Ale teraz nie ma ich w domu, są w szpitalu. - spojrzałem na kobietę z przerażaniem.
- A co się stało? - oby Lily nic się nie stało.
- Pan Jones miał zawał i karetka go zabrała, a jego córka pojechała z nimi. - kobieta spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem.
- Dziękuję pani bardzo. - pobiegłem do swojego domu po auto, wparowałem do domu po kluczyki, chłopaki spali, a w środku nich prostytutka, więc nie było pytań. Po chwili siedziałem w środku i jechałem do szpitala. Środek dnia - zajebiste korki. Po półgodzinie byłem na miejscu.
- Przepraszam, gdzie leży pan Jones? - spytałem na recepcji.
- Drugie piętro, sala numer 12. - recepcjonistka wskazała ręką na schody.
- Dziękuję. - poszedłem schodami na drugie piętro, od razu mój wzrok wbił się w małą postać siedzącą pod jednej z sali. Miała schowaną głowę w kolanach, ale nie trudno było zauważyć, że to Lily.
- Lily! - podbiegłem do niej i kucnąłem przy niej.
- Justin? Co ty tu do cholery robisz? - kiedy podniosła głowę miała całe oczy zapłakane, to był okropny widok. Kiedy patrzysz na osobę, na której ci zależy w takim stanie.... serce pęka.
- Jestem, aby cię wspierać Lily. - pogłaskałem ją po głowie.
- Nie dotykaj mnie ty cholerny ćpunie! - wrzasnęła odpychając mnie od siebie.
- Lily, posłuchaj. - usiadłem obok niej pod ścianą. - Chcę przestać ćpać, chcę iść na leczenie. Nie chcę być już takim kimś, jak byłem. Nie chcę żyć z dnia na dzień, chcę pomyśleć o przyszłości, tego wymaga mój wiek. I chcę, żebyś to właśnie ty mi pomogła. - Lily patrzyła na mnie z niedowierzaniem, kilkakrotnie otwierała usta, aby coś powiedzieć, lecz po chwili je zamykała.
- Jesteś pewien Justin? To będzie trudne, zdajesz sobie z tego sprawę? Dla takiej osoby co bierze to gówno tyle lat, to będzie spore wyzwanie. - złapałem ją za rękę.
- Mała, chcę tego, jestem tego świadom, lecz sam nie dam rady. Potrzebuję pomocy, dlatego proszę ciebie, pomóż mi. - pogłaskałem ją po ręce.
- Zayn też chciał się zmienić. - wyrwała swoją rękę i otarła łzy.
- Ja nie jestem Zayn, ja jestem Justin i chcę tego. - patrzyłem na nią, sądząc, że zgodzi mi się pomóc.
- Nie wiem Justin, muszę się zastanowić. - wstała i udała się w głąb korytarza i usiadła na krześle. Ja zostałem na swoim miejscu. Po chwili podeszła do mnie pielęgniarka.
- Proszę pana, proszę usiąść na krześle, taranuje pan ruch. - uniosłem głowę do góry. Nie, to niemożliwe.
- Justin? - zerwałem się na proste nogi, jednak to prawda. - Co ty tu robisz synu? Coś ci się stało? - zbliżyła się do mnie i zaczęła mnie oglądać. Bliższy kontakt z matką od tylu lat...
- Zostaw, ze mną wszystko dobrze. - dałem krok w tył, ukradkiem spojrzałem na Lily, mam nadzieje, że nie patrzy, błąd - przygląda się nam uważnie.
- Co się stało? Jesteś chory? Zawołać lekarza? - cała matka.
- Nie, jestem osobą odwiedzającą. - przyglądałem się jej uważnie, przemalowała włosy na jasny brąz, ładnie jej w tym kolorze.
- Któryś z twoich kolegów przedawkował? - czar prysł.
- Nie, jestem tu z Lily, jej ojciec miał niegroźny zawał. - kobieta ukradkiem rozejrzała się po korytarzu, zatrzymała się na Lily, która na nas ciągle patrzyła.
- Ona wie kim jesteś? - szepnęła.
- A do cholery kim ja jestem? Jakimś złodziejem, wiem, a może zabójcą!? - zacząłem unosić głos.
- Nie synu, masz problem z prochami. Dziewczyna powinna wiedzieć. - pogłaskała mnie po ręku, szybko ją zabrałem.
- Dziewczyna wie. - odparłem krótko. - Coś jeszcze mamo? - podkreśliłem.
- Przyjdź kiedyś do nas. - nie no kurwa, zaraz wybuchnę śmiechem.
- Kobieto, czy ty się słyszysz? - dotknąłem dwoma palcami swojej głowy.
- Jak ty się do mnie odnosisz? - zacisnęła szczęka.
- Tak jak ty i ojczulek do mnie kilka lat wstecz. Żegnam. - odwróciłem się i udałem się w stronę Lily.
- Justin. - widziała, że po tej rozmowie jestem rozbity.
- Daj spokój. - usiadłem obok niej wzdychając.
- Dlaczego nie chcesz się z nimi pogodzić? Pamiętaj, że to twoi rodzice. - wlepiła wzrok we mnie.
- Mała, wiem, ale jest to trudne, przyzwyczaiłem się, że ich nie ma w moim życiu. - uniosłem wzrok w sufit.
- Skoro chcesz się zmienić, chcesz zmienić swoje życie, porzucić je, to może warto też pogodzić się z rodzicami, Justin.
- Nie, nie chcę ich litości. - zapadła chwila ciszy.
- Pomogę ci Justin. - odwróciła głowę w moją stronę posyłając mi uśmiech.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę. - przytuliłem ją mocno.
- Kolego, bo mnie udusisz z tej radości.- zachichotała.
- Przepraszam. - puściłem ją. - Z tego wszystkiego zapomniałem... Jak z twoim ojcem? - zrobiłem się poważny.
- Nie jest źle, ale wiadomo, że dobrze też nie. Teraz jest na badaniach. Jakby karetka przyjechała później... - wzięła głęboki oddech.
- Najważniejsze, że będzie dobrze. - objąłem ją ramieniem i pogłaskałem.
*oczami Lily*
Nie spodziewałam się tu Justina, ale jednak cieszę się, że przyszedł. Cała ta sytuacja z jego matką... och. Na prawdę jest ciężko żyć bez rodziców. Zauważyłam lekarza prowadzącego, który wyszedł z sali badań.
- Panie doktorze. - wyrwałam się z objęć Justina. - Co z moim tatą? - stanęłam na przeciw niego.
- Wszystko dobrze, jest już przytomny. Za 2-3 dni będzie mógł wrócić do domu. Proszę się nie martwić. - posłał mi ciepły uśmiech.
- Dziękuję, a mogę go zobaczyć?
- Jak wróci z badań. - posłał mi kolejny ciepły uśmiech i poszedł w swoją stronę, usiadłam obok Justina.
- Wszystko dobrze z twoim ojcem? - spojrzał na mnie.
- Tak. - uśmiechnęłam się. Zobaczyłam jak przewożą ojca do sali, wstałam i pospiesznie udałam się w jego stronę. Zanim doszłam, był już na sali.
- Tato! - niemal wykrzyczałam.
- Lily, jesteś. - usiadłam na krześle obok niego.
- Jestem tato. - uśmiechnęłam się. - Jak się czujesz?
- Wiesz, bywało lepiej. - zaśmiał się.
- Odpoczywaj. - pogłaskałam go po dłoni.
- Jak ty sobie poradzisz be zemnie?
- Tato, ciebie i tak ciągle nie było w domu, pamiętasz? Po śmierci mamy wciągnąłeś się w wir pracy, sama sobie radziłam. Gotowałam, sprzątałam, prałam, przejęłam obowiązki mamy. I do tego chodziłam do szkoły. Jestem już duża, zauważyłeś? - zachichotałam.
- Tak córeczko. - uśmiechnął się. - Idź już do domu, odpocznij. - czy on mnie wygania?
- Tato, wyganiasz mnie? - uniosłam brwi.
- Odpocznij, ja też odpocznę. - wstałam z krzesła.
- Pa. - nachyliłam się i pocałowałam go w policzek.
- Pa. - odparł, wyszłam. Przy drzwiach stał Justin, lekko się go przestraszyłam.
- Justin! - wykrzyczałam, po czym podeszłam do niego i delikatnie uderzyłam go w klatkę piersiową.
- Co? - śmiał się.
- Przestraszyłeś mnie! - ruszyłam na przód ciągnąc go za rękaw od jego bluzy.
- To nie było moim zamiarem Lily. - puściłam go, szedł obok mnie.
- Jasne. - przegryzłam wargę.
- Gdzie idziemy? - patrzył na mnie.
- Ja idę do domu, a gdzie ty idziesz, nie wiem. - puściłam mu oczko. - Uważaj, ściana. - pociągnęłam go w swoją stronę. - Sierota. - wyszeptałam.
- Sierota? Ha! - wyszliśmy na zewnątrz. - Odwiozę cię, okej? - stanęliśmy obok czarnego BMW.
- Przejdę się. - moje spojrzenie mówi: nie zostawiaj mnie samej.
- Nalegam. - otworzył drzwi od strony pasażera.
- Och. - usiadłam, a on zamknął za mną drzwi.
- Uległaś. - ruszyliśmy.
- No jasne, oprzeć się tobie to grzech, Bieber. - wyszczerzyłam swoje zęby.
- Ja wiem. - poprawił włosy.
*
- Który dom? - ocknęłam się na słowa Justina.
- Ten biały po lewej stronie. Wejdziesz? - uśmiechnęłam się.
- A chcesz? - uniósł brew szczerząc się.
- Jakbym nie chciała, to bym się nie pytała. - zaśmiałam się. - To jak? - patrzyłam na niego.
- Jasne. - wysiedliśmy z auta, otworzyłam drzwi do domu.
- Zapraszam. - przepuściłam go w drzwiach.
- Panie przodem. - zachęcił mnie ręką.
- Och, panie Bieber, jaki pan uprzejmy. - zaśmiałam się wchodząc do domu. Po chwili oboje weszliśmy do salonu. - Napijesz się czegoś, zjesz coś? - krzyknęłam z kuchni.
- Nie dzięki. - nagle był obok mnie.
- Jezu, znów mnie straszysz. - nalałam sobie wody, upiłam łyk. Usłyszałam pukanie, a raczej walenie do drzwi. - Ktoś się napatoczył. - poszłam otworzyć. Nie, to nie może być prawda.
- Cześć Lily.
- Zayn? Co ty tu do cholery robisz!? - przełknęłam głośno ślinę.
________________
jest 5 rozdział, być może ktoś jeszcze pamięta mojego bloga, może ktoś skomentuje, wejdzie..
Torszkę zamieszania ale jest super :D Nie spodziewałam się Zayna myślałam ze coś będzie pomiędzy Lily i Justinem :) Życzę weny :* i zapraszam do mnie
OdpowiedzUsuńhttp://gifize.blogspot.com/ :)
Wow super, chcę kolejny :D
OdpowiedzUsuńmam nadzieje że w końcu coś będzie pomiędzy Lily a Justinem :D
Powiem tak, że początek zaczynał się tak "mułowato", że miałam ochotę już wyjść ale z nudów czytałam dalej. Cholera, nie zawiodłaś mnie, a mile zaskoczyłaś! Rozdziały są na prawdę fajne. Czekam na następny i mam nadzieję, że wpadniesz i do mnie http://we-will-fight-together.blogspot.com
OdpowiedzUsuńuuu, zaczęłam czytać i sie wciągnęłam :3
OdpowiedzUsuńOjejciu Dzięki, że podesłałaś mi link bo ff jest wspaniałe! :*
OdpowiedzUsuń