Cholera, Zayn? Co on tu robi? Czemu nie siedzi za kratami do cholery? Cholera.
- Lily, przyszedłem się z tobą przywitać. - czemu on jest taki miły?
- Zostaw mnie, daj mi spokój. Nie dociera do ciebie, że nie chcę mieć z tobą nic wspólnego? - uniosłam głos.
- Lily, kto to? - usłyszałam Justina, który się zbliża.
- Kto to? - mina Zayna zmieniła się z radosnej na wściekłą.
- Zayn? - Justin wychylił się zza drzwi.
- A ty kurwa co tu robisz? - Zayn wparował do domu.
- Ta, proszę, wchodź. - zamknęłam za nim drzwi.
- Co ja tu robię? To ty tu robisz? Przecież siedziałeś.
- Siedziałem, ale mam spoko starych. Wpłacili kaucję i jestem, ale widzę, że przeszkadzam Lily. - kierował się już do drzwi.
- Dzięki za odwiedziny. - Justin oparł się o blat kuchenny jedną ręką, a drugą podniósł do góry, w geście pożegnania. Zayn wyszedł trzaskając za sobą drzwiami.
- Czy on da mi spokój? - odwróciłam się do Justina, który stoi za mną.
- Nie wiem mała, ale jeśli się nie odczepi, sam mu pokażę gdzie jego miejsce. - zacisnął szczękę.
- Justin, uspokój się, nie chcę, abyś miał przeze mnie kłopoty. - położyłam ręce ja jego klatce piersiowej, patrząc na niego, po chwili je zabrałam.
- Warto jest. - zaśmiał się. Chwila ciszy, nie zręczny moment.
- Dobra, powiedz lepiej, masz jakiś ośrodek antynarkotykowy? - wywróciłam oczami, po czym się zaśmiałam.
- A mam, prawie. - usiadł na jednym z krzeseł w kuchni.
- Jak to prawie? - usiadłam obok niego, mrużąc oczy i kręcąc głową.
- Czytałem kiedyś o takim jednym, ale nie pamiętam dokładnie jego oferty. - zaśmiał się pod nosem, wyciągając telefon i wystukując jakieś pojedyncze litery. - Znajduje kilometr od twojego domu. - poruszał brwiami.
- To może chodźmy się coś dowiedzieć? - zaproponowałam.
- Podjedziemy, jestem leniwy. - schował telefon do kieszeni spodni. - Chodź. - otworzył mi drzwi wejściowe.
- A więc jedźmy leniu. - poklepałam go po ramieniu wychodząc. Po chwili siedzieliśmy w aucie i jechaliśmy. Lada moment i byliśmy na miejscu. - Cóż za długa podróż. - udałam zmęczoną, następnie wysiadłam z auta i poczekałam na zewnątrz na chłopaka. Po chwili wysiadł poprawiając swoją boską grzywkę. - Idziesz na randkę, czy do ośrodka? - uniosłam brwi ku górze.
- Czemu tyle gadasz? - rozłożył ręce. - Chodź. - weszliśmy do środka, udaliśmy się do recepcji, o ile można to tak nazwać, bardziej to jakiś punkt pomocy(?).
- Witam. W czym mogę pomóc? - kobieta zakończyła rozmowę telefoniczną.
- Dzień dobry. - zaczęłam. - Chcieliśmy się co dowiedzieć o terapii narkotykowej. - Justin stał obok mnie bardzo skupiony, wierzę, że może mu się udać.
- Tak, oddział narkotykowy jest zamknięty.
- Przez ile? - Justin nie dał dokończyć kobiecie.
- Już mówię. Zależy to od stopnia uzależnienia I-III. Pierwszy stopień 7 tygodni, drugi 9, a trzeci 10 tygodni. Odwiedziny oczywiście wchodzą w grę. - kobieta ciągle uśmiechała się do Justina, mogła mieć około 27-30 lat.
- A co do tych stopni, jak można to rozpoznać? - przyłączyłam się do rozmowy.
- Przy "meldunku" danego pacjenta jest przeprowadzony test. Wtedy wiemy.
- A kiedy będę mógł się zapisać? - Justin dreptał w miejscu.
- Na bieżąco, chcę pan teraz? - kobieta wyciągnęła kartkę.
- A będę mógł pojechać najpierw po rzeczy? - takie przejęte dziecko, aż się zaśmiałam.
- Radzę najpierw wypełnić test, aby wiedzieć ile rzeczy spakować, na jaki okres. - podsunęła Justinowi kartkę z długopisem pod nos.
- Dziękuję. - Justin wziął kartkę i usiadł na krześle obok stolika, przesiadłam się do niego.
*oczami Justina*
Cieszę się, że Lily tu jest, czuję jej wsparcie.
- Co to za pytania? - wybuchłem.
- Jakie? - dociekliwa Lily.
- Ile razy dziennie brałem narkotyki? Skąd mam wiedzieć? Brałem kiedy chciałem. - zacząłem wzruszać ramionami i zaznaczając jedną z odpowiedzi. Zrobiłem test bardzo szybko, oddałem go kobiecie. - Pojadę po rzeczy i będę z powrotem. - wyszedłem ciągnąc Lily za rękę.
- Ej! - krzyknęła. - Boli. - oburzyła się.
- Przepraszam, ale się jakoś stresuję, niby nie ma czym, a jest. - stanąłem obok niej.
- Justin. - odwróciła się do mnie i objęła swoimi rękoma moją twarz. - Jesteś pewien? - och Lily.
- Tak, jak nigdy w życiu, ale się boję, że nie dam rady. Tyle na głodzie... - westchnąłem.
- Ej, mały. - zaśmiała się, następnie przegryzła wargę. - Dasz radę, będę. - wyszeptała. - Damy radę. - złożyła krótki całus na moim policzku.
- Damy. - uśmiechnąłem się, a Lily puściła mnie i siedziała w samochodzie. Jechaliśmy do mnie. Czego mogę się spodziewać? Zalanych, zjaranych chłopaków? Niedługo byliśmy na miejscu. Dom był otwarty, czyli jednak. Wszedłem z Lily do środka, Liam zrobił przerażaną minę, stojąc jedynie w samych bokserkach łykając wódkę z butelki, obok niego stała "laska do wynajęcia", a Harry? Właśnie, gdzie Harry. Harry śpi na sofie.
- Powiedz, że nie pieprzyliście się w sypialni. - rzuciłem wchodząc po schodach.
- Nie, na podłodze w gościnnym. - Liam odparł krótko.
- I dobrze. - byłem na nich wściekły. Razem z małą byliśmy w sypialni i pakowaliśmy moje rzeczy do torby. Lada moment, wszystko spakowane. Zeszliśmy na dół.
- Wypad. - pokazałem ręką na drzwi.
- Czemu? - Liam zadrwił.
- Wyjeżdżam, chcę zamknąć dom, to takie dziwne? - ale mam ochotę mu pierdolnąć.
- Wyjeżdżasz pieprzyć naszą małą Lily. - wyszczerzył zęby, po chwili usłyszałem głośny plask, Liam złapał się za policzek, jedna myśl - Lily.
- Pieprzyć się? A nawet jeśli, to co ci do tego sukinsynie? - mała, zadziorna, seksowna.
- To ćpun, patrz z kim pakujesz się do łóżka. - stał i nakładał spodnie.
- Nie mam ochoty z tobą gadać, wypieprzajcie, bo się spieszymy. - mała oparła się o ścianę.
- Już szefowo! - Harry wstał jak poparzony, chwila, moment i dom był już pusty, lecz syf pozostał.
- Kurwa, trzeba tu jeszcze ogarnąć. - rzuciłem torbę na ziemię.
- Daj mi kluczę, przyjdę i kiedyś posprzątam. - wyrwała mi kluczę z ręki.
- Jesteś aniołem. - uniosłem ją i mocno przytuliłem.
- A ty diabełkiem. - byliśmy tak blisko, czułem jej oddech.
- Dobra, jedziemy. - wyrwała się i już była w samochodzie.
- Klucze! - krzyknąłem, a ona rzuciła mi klucze. Zamknąłem dom i wsiadłem do auta.
- Proszę. - wystawiła rękę po kluczę, dałem je jej. Droga minęła nam w milczeniu, na szczęście nie była ona długa. Nie lubię milczeć, a jeszcze z Lily... Chwila moment i już stałem przy rejestracji.
- Także tak, pana test wykazał, że jest pan w II stopniu. - te ich stopnie są takie żałosne.
- Spoko. - odparłem. - Gdzie dostanę swój apartament? - przeczesałem rękoma grzywkę. Czy ja spakowałem żel lub lakier do włosów?
- Proszę za mną. - ruszyliśmy za kobietą w głąb ciemnego korytarza, była godzina 21, a w ośrodku nadal byli odwiedzający. - Pan zamieszka tu. - otworzyła drzwi do jakieś pokoju, o ile można to tak nazwać. W środku było jedno małe łóżko, telewizor rozmiarów śmiesznych, stół i fotel. Ściany pokrywał kolor żółty, lecz był odrapany.
- Jezu. - usłyszałem z ust Lily.
- Może się pan rozgościć. - kobieta zostawiła nas samych. Weszliśmy do środka, zamknąłem drzwi.
- Justin, to przecież tylko 9 tygodni, tak? Poza tym nie dziw się tym wyglądem pokoju, w końcu tu żyją ćpuni, alkoholicy... - usiadła na łóżku.
- Masz rację. - rzuciłem torbę w kąt.
- Muszę iść Justin, przyjdę rano, dobrze? - wstała i uwiesiła się na mojej szyi.
- Nie, rano to masz iść do szkoły, zrozumiano? - patrzyłem jej w oczy.
- Dobrze tato. - pocałowała mnie w policzek.
- Zmykaj mała. - kiedy odeszła ode mnie, dałem jej solidnego klapsa w tyłek.
- Nie zaczynaj. - rzuciła otwierając drzwi. - Do zobaczenia. - puściła mi oczko i wyszła.
- Do zobaczenia! - krzyknąłem kiedy była już za drzwiami. Rozejrzałem się po pokoju, dostrzegłem drzwi łazienki. Wziąłem potrzebne rzeczy i poszedłem wziąć szybki, ale relaksujący prysznic. Ciągle w głowie siedziała mi jedna osoba...
*oczami Lily*
Szłam do domu, było ciemno i trochę się bałam. Zazwyczaj jestem osobą odważną, ale po ostatnich przeżyciach jestem coraz bardziej strachliwa. I szczerze, boje się być sama w domu. Wyciągnęłam telefon z torby i wystukałam numer do... Maxa.
- Hej Max. - wychlipałam.
- Lily? Coś się stało? - wydawał się przerażony.
- Nie, ale chciałam cię o coś poprosić Max. - wchodziłam właśnie do domu.
- Tak? - spytał troskliwie, zamknęłam drzwi na klucz.
- Masz jakieś plany na resztę wieczoru? - zaśmiałam się do słuchawki, zaświeciłam światło na całym dole.
- Nie, ale Lily, mów szybko o co chodzi.
- No dobra. Przyszedł byś do mnie? Jestem sama i trochę się boje. - usiadłam na kanapie.
- Jasne, zaraz będę. - rozłączył się. Zaczęłam pichcić kolację, czyli sałatkę. Kiedy skończyłam, do drzwi pukał Max. Otworzyłam.
- Jestem. - zaśmiał się i wszedł do środka.
- Dziękuję. - posłałam mu uśmiech, zamknęłam drzwi. Weszliśmy do kuchni.
- Zrobiłam sałatkę, zjesz? - rozstawiłam talerze na stole.
- Z chęcią. - usiadł na krześle obok stołu, a ja nakładałam sałatkę. - W zasadzie, czemu jesteś sama? Gdzie twój ojciec?
- Tato jest w szpitalu, miał niegroźny zawał. - uśmiechnęłam się, udając, że jest dobrze.
- O matko. - wyszeptał.
- Smacznego. - chciałam zmienić temat, więc zaczęłam jeść.
- Dziękuję i wzajemnie. - posiłek minął w ciszy, ale zastanawiała mnie smutna, zła mina chłopaka.
- Co jest? - odsunęłam od siebie talerz.
- Wyjeżdżam za dwa dni. - westchnął.
- Przecież miałeś jechać za miesiąc. - oburzyłam się.
- Tak, ale jesteśmy w kropce, matka załatwiła wszystko w szkole, także tylko wyjeżdżać. - patrzył na mnie.
- Super. - powiedziałam z ironią.
- Ale będziemy się kontaktować, spokojnie. - wstał i mnie przytulił.
- Wiem, ale to nie to samo co rozmowa na żywo. - wstałam i wtuliłam się w niego.
- Nie mamy wyjścia Lily. - oparł swoje czoło o moje.
- Niestety. - zamknęłam na moment oczy i wtedy to się stało. Max zaczął mnie całować. - Ej, co ty robisz? - zaczęłam się wyrywać.
- To co powinienem zrobić wcześniej. - kontynuował czynność.
- Max! - krzyknęłam odpychając go.
- Co jest? - rozłożył ręce.
- Nic do ciebie nie czuje! - znów krzyczałam.
- Nie musimy coś do siebie czuć, aby na pożegnanie się pocałować, bądź... przespać się. - on sobie żartuje.
- Żartujesz sobie? Przecież to ty miałeś być normalnym chłopakiem, któremu nie zależy na tym, ile lasek zaliczył. - tłumaczyłam to sobie w głowie.
- Teraz to ty żartujesz. Nie wiesz, że każdy tak myśli w dzisiejszych czasach? - zaczął się śmiać.
- Opuść mój dom i się do mnie nie odzywaj! - tupnęłam jeszcze nogą, myśląc, że to doda mi groźności.
- Dobra! - warknął i wyszedł. Dlaczego do cholery ludzi poznajemy dopiero po jakimś czasie? Dlaczego swoje prawdziwe "ja" pokazują tak późno... Usłyszałam dźwięk wiadomości, wzięłam do ręki telefon i odczytałam wiadomość: Dobranoc maleńka. Och Justin, wiesz jak poprawić mi humor. Odpisałam mu, życząc również dobrej nocy. Sprzątnęłam w kuchni, zamknęłam drzwi na klucz i udałam się górę, gasząc światło na dole. Udałam się do łazienki na długą, przyjemną kąpiel. Tego mi trzeba było. Następnie ubrałam się w piżamę, która składała się z długiej koszulki i położyłam się łóżko. Po chwili odpłynęłam.
*oczami Justina*
Obudziły mnie wrzaski, dobiegające z korytarza. Spojrzałem na telefon, w celu sprawdzenia godziny - 8.50. Cholera. Wcześnie. Chciałem się zdrzemnąć, lecz usłyszałem pukanie do drzwi.
- Proszę. - powiedziałem leniwie.
- Dzień dobry. - weszła do środka ta sama kobieta co wczoraj. - O 9.00 zapraszam na śniadanie do stołówki, a o 9.50 ma pan rozmowę z terapeutą.
- Oczywiście. - po mojej odpowiedzi wyszła, zamykając drzwi za sobą. Zsunąłem się z łóżka i poszedłem wykonać czynności poranne. Kiedy się ubierałem, usłyszałem kolejne pukanie do drzwi.
- Tak? - drzwi się otworzyły, kiedy naciągałem na siebie koszulkę. - Nie no kurwa, czy ty człowieku musisz być wszędzie!? - wykrzyczałem, kiedy wparował do pokoju.
_______________
bardzo się cieszę, że statystyki skoczyły w górę, nawet nie wiecie, jakiego kopa dostałam do pisania. :) niestety ilość komentarzy jest wciąż mała, więc jeśli czytasz - to postaraj się skomentować, aby dodało mi to jeszcze większej motywacji do dalszego pisania. :)