Cholera, Zayn? Co on tu robi? Czemu nie siedzi za kratami do cholery? Cholera.
- Lily, przyszedłem się z tobą przywitać. - czemu on jest taki miły?
- Zostaw mnie, daj mi spokój. Nie dociera do ciebie, że nie chcę mieć z tobą nic wspólnego? - uniosłam głos.
- Lily, kto to? - usłyszałam Justina, który się zbliża.
- Kto to? - mina Zayna zmieniła się z radosnej na wściekłą.
- Zayn? - Justin wychylił się zza drzwi.
- A ty kurwa co tu robisz? - Zayn wparował do domu.
- Ta, proszę, wchodź. - zamknęłam za nim drzwi.
- Co ja tu robię? To ty tu robisz? Przecież siedziałeś.
- Siedziałem, ale mam spoko starych. Wpłacili kaucję i jestem, ale widzę, że przeszkadzam Lily. - kierował się już do drzwi.
- Dzięki za odwiedziny. - Justin oparł się o blat kuchenny jedną ręką, a drugą podniósł do góry, w geście pożegnania. Zayn wyszedł trzaskając za sobą drzwiami.
- Czy on da mi spokój? - odwróciłam się do Justina, który stoi za mną.
- Nie wiem mała, ale jeśli się nie odczepi, sam mu pokażę gdzie jego miejsce. - zacisnął szczękę.
- Justin, uspokój się, nie chcę, abyś miał przeze mnie kłopoty. - położyłam ręce ja jego klatce piersiowej, patrząc na niego, po chwili je zabrałam.
- Warto jest. - zaśmiał się. Chwila ciszy, nie zręczny moment.
- Dobra, powiedz lepiej, masz jakiś ośrodek antynarkotykowy? - wywróciłam oczami, po czym się zaśmiałam.
- A mam, prawie. - usiadł na jednym z krzeseł w kuchni.
- Jak to prawie? - usiadłam obok niego, mrużąc oczy i kręcąc głową.
- Czytałem kiedyś o takim jednym, ale nie pamiętam dokładnie jego oferty. - zaśmiał się pod nosem, wyciągając telefon i wystukując jakieś pojedyncze litery. - Znajduje kilometr od twojego domu. - poruszał brwiami.
- To może chodźmy się coś dowiedzieć? - zaproponowałam.
- Podjedziemy, jestem leniwy. - schował telefon do kieszeni spodni. - Chodź. - otworzył mi drzwi wejściowe.
- A więc jedźmy leniu. - poklepałam go po ramieniu wychodząc. Po chwili siedzieliśmy w aucie i jechaliśmy. Lada moment i byliśmy na miejscu. - Cóż za długa podróż. - udałam zmęczoną, następnie wysiadłam z auta i poczekałam na zewnątrz na chłopaka. Po chwili wysiadł poprawiając swoją boską grzywkę. - Idziesz na randkę, czy do ośrodka? - uniosłam brwi ku górze.
- Czemu tyle gadasz? - rozłożył ręce. - Chodź. - weszliśmy do środka, udaliśmy się do recepcji, o ile można to tak nazwać, bardziej to jakiś punkt pomocy(?).
- Witam. W czym mogę pomóc? - kobieta zakończyła rozmowę telefoniczną.
- Dzień dobry. - zaczęłam. - Chcieliśmy się co dowiedzieć o terapii narkotykowej. - Justin stał obok mnie bardzo skupiony, wierzę, że może mu się udać.
- Tak, oddział narkotykowy jest zamknięty.
- Przez ile? - Justin nie dał dokończyć kobiecie.
- Już mówię. Zależy to od stopnia uzależnienia I-III. Pierwszy stopień 7 tygodni, drugi 9, a trzeci 10 tygodni. Odwiedziny oczywiście wchodzą w grę. - kobieta ciągle uśmiechała się do Justina, mogła mieć około 27-30 lat.
- A co do tych stopni, jak można to rozpoznać? - przyłączyłam się do rozmowy.
- Przy "meldunku" danego pacjenta jest przeprowadzony test. Wtedy wiemy.
- A kiedy będę mógł się zapisać? - Justin dreptał w miejscu.
- Na bieżąco, chcę pan teraz? - kobieta wyciągnęła kartkę.
- A będę mógł pojechać najpierw po rzeczy? - takie przejęte dziecko, aż się zaśmiałam.
- Radzę najpierw wypełnić test, aby wiedzieć ile rzeczy spakować, na jaki okres. - podsunęła Justinowi kartkę z długopisem pod nos.
- Dziękuję. - Justin wziął kartkę i usiadł na krześle obok stolika, przesiadłam się do niego.
*oczami Justina*
Cieszę się, że Lily tu jest, czuję jej wsparcie.
- Co to za pytania? - wybuchłem.
- Jakie? - dociekliwa Lily.
- Ile razy dziennie brałem narkotyki? Skąd mam wiedzieć? Brałem kiedy chciałem. - zacząłem wzruszać ramionami i zaznaczając jedną z odpowiedzi. Zrobiłem test bardzo szybko, oddałem go kobiecie. - Pojadę po rzeczy i będę z powrotem. - wyszedłem ciągnąc Lily za rękę.
- Ej! - krzyknęła. - Boli. - oburzyła się.
- Przepraszam, ale się jakoś stresuję, niby nie ma czym, a jest. - stanąłem obok niej.
- Justin. - odwróciła się do mnie i objęła swoimi rękoma moją twarz. - Jesteś pewien? - och Lily.
- Tak, jak nigdy w życiu, ale się boję, że nie dam rady. Tyle na głodzie... - westchnąłem.
- Ej, mały. - zaśmiała się, następnie przegryzła wargę. - Dasz radę, będę. - wyszeptała. - Damy radę. - złożyła krótki całus na moim policzku.
- Damy. - uśmiechnąłem się, a Lily puściła mnie i siedziała w samochodzie. Jechaliśmy do mnie. Czego mogę się spodziewać? Zalanych, zjaranych chłopaków? Niedługo byliśmy na miejscu. Dom był otwarty, czyli jednak. Wszedłem z Lily do środka, Liam zrobił przerażaną minę, stojąc jedynie w samych bokserkach łykając wódkę z butelki, obok niego stała "laska do wynajęcia", a Harry? Właśnie, gdzie Harry. Harry śpi na sofie.
- Powiedz, że nie pieprzyliście się w sypialni. - rzuciłem wchodząc po schodach.
- Nie, na podłodze w gościnnym. - Liam odparł krótko.
- I dobrze. - byłem na nich wściekły. Razem z małą byliśmy w sypialni i pakowaliśmy moje rzeczy do torby. Lada moment, wszystko spakowane. Zeszliśmy na dół.
- Wypad. - pokazałem ręką na drzwi.
- Czemu? - Liam zadrwił.
- Wyjeżdżam, chcę zamknąć dom, to takie dziwne? - ale mam ochotę mu pierdolnąć.
- Wyjeżdżasz pieprzyć naszą małą Lily. - wyszczerzył zęby, po chwili usłyszałem głośny plask, Liam złapał się za policzek, jedna myśl - Lily.
- Pieprzyć się? A nawet jeśli, to co ci do tego sukinsynie? - mała, zadziorna, seksowna.
- To ćpun, patrz z kim pakujesz się do łóżka. - stał i nakładał spodnie.
- Nie mam ochoty z tobą gadać, wypieprzajcie, bo się spieszymy. - mała oparła się o ścianę.
- Już szefowo! - Harry wstał jak poparzony, chwila, moment i dom był już pusty, lecz syf pozostał.
- Kurwa, trzeba tu jeszcze ogarnąć. - rzuciłem torbę na ziemię.
- Daj mi kluczę, przyjdę i kiedyś posprzątam. - wyrwała mi kluczę z ręki.
- Jesteś aniołem. - uniosłem ją i mocno przytuliłem.
- A ty diabełkiem. - byliśmy tak blisko, czułem jej oddech.
- Dobra, jedziemy. - wyrwała się i już była w samochodzie.
- Klucze! - krzyknąłem, a ona rzuciła mi klucze. Zamknąłem dom i wsiadłem do auta.
- Proszę. - wystawiła rękę po kluczę, dałem je jej. Droga minęła nam w milczeniu, na szczęście nie była ona długa. Nie lubię milczeć, a jeszcze z Lily... Chwila moment i już stałem przy rejestracji.
- Także tak, pana test wykazał, że jest pan w II stopniu. - te ich stopnie są takie żałosne.
- Spoko. - odparłem. - Gdzie dostanę swój apartament? - przeczesałem rękoma grzywkę. Czy ja spakowałem żel lub lakier do włosów?
- Proszę za mną. - ruszyliśmy za kobietą w głąb ciemnego korytarza, była godzina 21, a w ośrodku nadal byli odwiedzający. - Pan zamieszka tu. - otworzyła drzwi do jakieś pokoju, o ile można to tak nazwać. W środku było jedno małe łóżko, telewizor rozmiarów śmiesznych, stół i fotel. Ściany pokrywał kolor żółty, lecz był odrapany.
- Jezu. - usłyszałem z ust Lily.
- Może się pan rozgościć. - kobieta zostawiła nas samych. Weszliśmy do środka, zamknąłem drzwi.
- Justin, to przecież tylko 9 tygodni, tak? Poza tym nie dziw się tym wyglądem pokoju, w końcu tu żyją ćpuni, alkoholicy... - usiadła na łóżku.
- Masz rację. - rzuciłem torbę w kąt.
- Muszę iść Justin, przyjdę rano, dobrze? - wstała i uwiesiła się na mojej szyi.
- Nie, rano to masz iść do szkoły, zrozumiano? - patrzyłem jej w oczy.
- Dobrze tato. - pocałowała mnie w policzek.
- Zmykaj mała. - kiedy odeszła ode mnie, dałem jej solidnego klapsa w tyłek.
- Nie zaczynaj. - rzuciła otwierając drzwi. - Do zobaczenia. - puściła mi oczko i wyszła.
- Do zobaczenia! - krzyknąłem kiedy była już za drzwiami. Rozejrzałem się po pokoju, dostrzegłem drzwi łazienki. Wziąłem potrzebne rzeczy i poszedłem wziąć szybki, ale relaksujący prysznic. Ciągle w głowie siedziała mi jedna osoba...
*oczami Lily*
Szłam do domu, było ciemno i trochę się bałam. Zazwyczaj jestem osobą odważną, ale po ostatnich przeżyciach jestem coraz bardziej strachliwa. I szczerze, boje się być sama w domu. Wyciągnęłam telefon z torby i wystukałam numer do... Maxa.
- Hej Max. - wychlipałam.
- Lily? Coś się stało? - wydawał się przerażony.
- Nie, ale chciałam cię o coś poprosić Max. - wchodziłam właśnie do domu.
- Tak? - spytał troskliwie, zamknęłam drzwi na klucz.
- Masz jakieś plany na resztę wieczoru? - zaśmiałam się do słuchawki, zaświeciłam światło na całym dole.
- Nie, ale Lily, mów szybko o co chodzi.
- No dobra. Przyszedł byś do mnie? Jestem sama i trochę się boje. - usiadłam na kanapie.
- Jasne, zaraz będę. - rozłączył się. Zaczęłam pichcić kolację, czyli sałatkę. Kiedy skończyłam, do drzwi pukał Max. Otworzyłam.
- Jestem. - zaśmiał się i wszedł do środka.
- Dziękuję. - posłałam mu uśmiech, zamknęłam drzwi. Weszliśmy do kuchni.
- Zrobiłam sałatkę, zjesz? - rozstawiłam talerze na stole.
- Z chęcią. - usiadł na krześle obok stołu, a ja nakładałam sałatkę. - W zasadzie, czemu jesteś sama? Gdzie twój ojciec?
- Tato jest w szpitalu, miał niegroźny zawał. - uśmiechnęłam się, udając, że jest dobrze.
- O matko. - wyszeptał.
- Smacznego. - chciałam zmienić temat, więc zaczęłam jeść.
- Dziękuję i wzajemnie. - posiłek minął w ciszy, ale zastanawiała mnie smutna, zła mina chłopaka.
- Co jest? - odsunęłam od siebie talerz.
- Wyjeżdżam za dwa dni. - westchnął.
- Przecież miałeś jechać za miesiąc. - oburzyłam się.
- Tak, ale jesteśmy w kropce, matka załatwiła wszystko w szkole, także tylko wyjeżdżać. - patrzył na mnie.
- Super. - powiedziałam z ironią.
- Ale będziemy się kontaktować, spokojnie. - wstał i mnie przytulił.
- Wiem, ale to nie to samo co rozmowa na żywo. - wstałam i wtuliłam się w niego.
- Nie mamy wyjścia Lily. - oparł swoje czoło o moje.
- Niestety. - zamknęłam na moment oczy i wtedy to się stało. Max zaczął mnie całować. - Ej, co ty robisz? - zaczęłam się wyrywać.
- To co powinienem zrobić wcześniej. - kontynuował czynność.
- Max! - krzyknęłam odpychając go.
- Co jest? - rozłożył ręce.
- Nic do ciebie nie czuje! - znów krzyczałam.
- Nie musimy coś do siebie czuć, aby na pożegnanie się pocałować, bądź... przespać się. - on sobie żartuje.
- Żartujesz sobie? Przecież to ty miałeś być normalnym chłopakiem, któremu nie zależy na tym, ile lasek zaliczył. - tłumaczyłam to sobie w głowie.
- Teraz to ty żartujesz. Nie wiesz, że każdy tak myśli w dzisiejszych czasach? - zaczął się śmiać.
- Opuść mój dom i się do mnie nie odzywaj! - tupnęłam jeszcze nogą, myśląc, że to doda mi groźności.
- Dobra! - warknął i wyszedł. Dlaczego do cholery ludzi poznajemy dopiero po jakimś czasie? Dlaczego swoje prawdziwe "ja" pokazują tak późno... Usłyszałam dźwięk wiadomości, wzięłam do ręki telefon i odczytałam wiadomość: Dobranoc maleńka. Och Justin, wiesz jak poprawić mi humor. Odpisałam mu, życząc również dobrej nocy. Sprzątnęłam w kuchni, zamknęłam drzwi na klucz i udałam się górę, gasząc światło na dole. Udałam się do łazienki na długą, przyjemną kąpiel. Tego mi trzeba było. Następnie ubrałam się w piżamę, która składała się z długiej koszulki i położyłam się łóżko. Po chwili odpłynęłam.
*oczami Justina*
Obudziły mnie wrzaski, dobiegające z korytarza. Spojrzałem na telefon, w celu sprawdzenia godziny - 8.50. Cholera. Wcześnie. Chciałem się zdrzemnąć, lecz usłyszałem pukanie do drzwi.
- Proszę. - powiedziałem leniwie.
- Dzień dobry. - weszła do środka ta sama kobieta co wczoraj. - O 9.00 zapraszam na śniadanie do stołówki, a o 9.50 ma pan rozmowę z terapeutą.
- Oczywiście. - po mojej odpowiedzi wyszła, zamykając drzwi za sobą. Zsunąłem się z łóżka i poszedłem wykonać czynności poranne. Kiedy się ubierałem, usłyszałem kolejne pukanie do drzwi.
- Tak? - drzwi się otworzyły, kiedy naciągałem na siebie koszulkę. - Nie no kurwa, czy ty człowieku musisz być wszędzie!? - wykrzyczałem, kiedy wparował do pokoju.
_______________
bardzo się cieszę, że statystyki skoczyły w górę, nawet nie wiecie, jakiego kopa dostałam do pisania. :) niestety ilość komentarzy jest wciąż mała, więc jeśli czytasz - to postaraj się skomentować, aby dodało mi to jeszcze większej motywacji do dalszego pisania. :)
love me harder
czwartek, 8 października 2015
niedziela, 20 września 2015
Rozdział 5
*oczami Lily*
Wiem, że prochy marnują życie, bardzo związałam się z Justinem, dlatego chciałam mu pomóc. Kolejny raz popełniłam ten błąd - powiedziałam to, czego nie trzeba osobie, która jest na głodzie. Właściwie to nie wiem czemu, ale jeszcze go uderzyłam.
- Oj mała, przesadziłaś. - Justin niebezpiecznie się do mnie zbliżył, Liam zareagował szybko. Obaj z Harrym trzymali go.
- Niech weźmie, to nie zrobi ci krzywdy. - Harry zabrał mi woreczek. Dał Justinowi, nie mogłam na to patrzeć, więc poszłam na górę i zamknęłam się w moim dotychczasowym pokoju. Dlaczego przez to gówno wszystko się wali? Dlaczego też nie mogę mieć normalnych znajomych? Miałam ochotę porozmawiać z Maxem, brakowało mi go bardzo, a przed jego wyprowadzką powinnam spędzać z nim jak najwięcej czasu. Wzięłam telefon i zadzwoniłam do niego.
- Lily? - usłyszałam jego głos, czułam, że się uśmiecha.
- To ja Max. Musimy się spotkać. - między czasie przebrałam się w moje ciuchy.
- Okej, kiedy i gdzie? - byłam już gotowa do wyjścia.
- Przyjdź pod ten adres. - dokładnie wytłumaczyłam mu gdzie znajduje się dom Justina.
- Zaraz będę. Daj mi 10 minut. - cudownie, nie chciałam być tu dłużej.
- Okej. - posprzątałam po sobie w pokoju, zeszłam na dół. To co mnie tam zastało - koszmar. Justin siedział na krześle przy stole i wciągał koks, Liam palił marihuanę, a Harry otwierał wódkę. Cieszyłam się, że stąd wychodzę. Ćpuny i alkoholiki.
- Gdzie idziesz? - poczułam szarpnięcie nikogo innego jak Justina.
- Wychodzę stąd, baw się dobrze. - szarpałam się z nim.
- Chcesz trochę? - pomachał mi woreczkiem przed oczyma.
- Dobrze wiesz, że nie. - nie mogłam znieść mojego bólu psychicznego.
- Stary, nie dawaj jej tego. - usłyszałam głos Liama, miałam wrażenie, że ciągle był normalny. Justin mnie puścił i wrócił do swojego poprzedniego zajęcia. Wyszłam przed jego dom trzaskając drzwiami. Za chwilę zza rogu zjawił się Max. Podbiegłam do niego, a on miał przerażoną minę. Zapomniałam, że mam znaki po rozmowie z Zaynem.
- Lily, co ci się stało? - zaczął delikatnie opuszkami palców dotykać moich ran.
- Poszłam do Zayna, aby powiedzieć mu, że to koniec, zapomniałam, że był na głodzie i właśnie tak mnie potraktował. - teraz jednak bardziej bolało mnie to, jak zachował się Justin.
- Co za skurwysyn. - Max zacisnął szczękę.
- Spokojnie, już siedzi. - uspokoiłam go.
- Siedzie w pierdlu? - lekko się zdziwił.
- Tak. - zaczęłam iść na przód.
- A co ty robisz w tej okolicy? - Max szedł ze mną równym krokiem.
- Byłam u Justina. - chyba nie mówiłam mu, kto to jest Justin.
- U kogo? - Max spojrzał na mnie.
- Poznałam go u Zayna kiedyś, ale on jest trochę inny niż te zwyczajne ćpuny. - trochę jest, fakt.
- Mała, będziesz znów cierpiała, nie wpakuj się znów w żadne gówno. Obiecaj. - Max stanął na przeciw mnie.
- Obiecuje Max. - uśmiechnęłam się do niego.
- Zabieram cię na lody, co? - Max szturchnął mnie ramieniem.
- Co? - wybuchłam śmiechem.
- Z czego się śmiejesz? - spojrzał na mnie jak na psychopatkę.
- I myślisz, że teraz weźmiesz mnie za rączkę i pohasamy na lody? - nie mogłam opanować śmiechu.
- Lily, co jest z tobą? Zmieniłaś się w ciągu dnia. - Max zaczął na mnie krzyczeć.
- Nie, nie kochaniutki, ja dorośleje. - pomachałam mu palcem przed oczyma. - A teraz zabierz mnie na piwo. - pokiwałam paluszkiem, aby poszedł za mną. Tak też zrobił. Poszliśmy do piwiarni za rogiem. Max kupił nam po piwie, kiedy postawił je przede mną, dorwałam się do niego jak małe dziecko do butelki z mlekiem.
- Lily, doroślejesz. - Max również zaczął pić. - Nie podoba mi się to. - po chwili dodał.
- Max, nie zawsze będę taką malutką istotą. - patrzyłam na jego wyraz twarzy, był zły.
- Szkoda, bo taka jesteś najlepsza. - mruknął. Po chwili zadzwonił jego telefon, odebrał. Po chwili rozłączył się. - Muszę iść. - nagle wstał i bez pożegnania wyszedł. Dokończyłam piwo i też wyszłam. Udałam się do domu, po chwili w oddali zobaczyłam karetkę, która stoi obok mojeo domu. Szybko podbiegłam i zobaczyłam naszych sąsiadów, którzy stoją obok drzwi wejściowych. Za moment z domu wyszli ratownicy, którzy na noszach wynieśli mojego ojca. Co tu się do cholery dzieje?
- Lily. - zaczepiła mnie moja sąsiadka, widziała, że jestem zdezorientowana.
- Co się tu dzieje? - spojrzałam na nią załzawionym wzrokiem.
- Poszłam do twojego ojca, wiesz, że lubię czasem z nim porozmawiać, kiedy nie otwierał otworzyłam drzwi i zobaczyłam jak leży na podłodze nieprzytomny. Zadzwoniłam po pogotowie. Ale nie wiem co się stało. - poklepała mnie po ramieniu.
- Dziękuję. - podziękowałam kobiecie i podeszłam do ratowników. - Co mu się stało? - spojrzałam na jednego z ratowników.
- Jesteś córką? - obleciał mnie wzrokiem.
- Tak. - gestem ręki pozwolił mi wsiąść do karetki.
- Twój ojciec miał zawał, na szczęście w porę się zjawiliśmy. Będzie musiał poleżeć w szpitalu z tydzień, a potem wszystko będzie dobrze. - kamień z serca, nie mogło mi go zabraknąć.
- To dobrze. - złapałam ojca za rękę. Po chwili byliśmy w szpitalu, ratownicy szybko zabrali go na badania, a mi kazali czekać. Podeszła do mnie pielęgniarka.
- Coś potrzebujesz słonko? - była uśmiechnięta, chciałam zwrócić się do niej po nazwisku, spojrzałam na plakietkę - Pattie Bieber. To matka Justina!?
- Dziękuję, ale niczego mi nie potrzeba. - uśmiechnęłam się do kobiety, przy okazji dając jej do zrozumienia, że chcę być sama. Badania trwały tak cholernie długo...
*oczami Justina*
Dlaczego znów zawiodłem kogoś, na kim mi zależy? Dlaczego jestem dupkiem? Kiedy prochy mnie puściły, dopiero zdałem sobie sprawę, że Lily wyszła wściekła. A przecież mi na niej zależy. Cholernie ciężko jest utrzymać przy sobie osobę, na której nam zależy.
- Stary, bierzesz? - z rozmyśleń wyrwał mnie Harry, pytając czy biorę prochy.
- Trzeba z tym skończyć, nie uważacie? Te pieprzone prochy rozpierdoliły nam życie, nie? - rzuciłem woreczkiem z białą, sypką zawartością.
- Popierdoliło cię? - Harry używając dużo siły odepchał mnie, a ja upadłem na kanapę.
- Skąd ta zmiana? - Liam usiadł obok mnie.
- Chcesz do końca życia być sam? - spojrzałem na niego.
- Czego sam? - zaśmiał się. - Patrz co ja mam dla ciebie. - nagle do salonu weszła dziunia, znałem ją, była do wynajęcia w jednym z burdeli, kilka razy sam ją wynajmowałem. - Proszę, jest dla ciebie. - Liam rozsiadł się na kanapie.
- Sorry stary, ale nie mogę. - wyszedłem z jak największą prędkością z mojego domu i udałem się do domu Lily. Nie, chwila, nie wiem gdzie ona mieszka, wiedziałem tylko w jakiej okolicy. Kiedy byłem już na miejscu, spotkałem starszą panią.
- Przepraszam, gdzie mieszkają państwo Jonesowie? - kobieta wskazała palcem ja dużo biały dom z ogrodem.
- Ale teraz nie ma ich w domu, są w szpitalu. - spojrzałem na kobietę z przerażaniem.
- A co się stało? - oby Lily nic się nie stało.
- Pan Jones miał zawał i karetka go zabrała, a jego córka pojechała z nimi. - kobieta spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem.
- Dziękuję pani bardzo. - pobiegłem do swojego domu po auto, wparowałem do domu po kluczyki, chłopaki spali, a w środku nich prostytutka, więc nie było pytań. Po chwili siedziałem w środku i jechałem do szpitala. Środek dnia - zajebiste korki. Po półgodzinie byłem na miejscu.
- Przepraszam, gdzie leży pan Jones? - spytałem na recepcji.
- Drugie piętro, sala numer 12. - recepcjonistka wskazała ręką na schody.
- Dziękuję. - poszedłem schodami na drugie piętro, od razu mój wzrok wbił się w małą postać siedzącą pod jednej z sali. Miała schowaną głowę w kolanach, ale nie trudno było zauważyć, że to Lily.
- Lily! - podbiegłem do niej i kucnąłem przy niej.
- Justin? Co ty tu do cholery robisz? - kiedy podniosła głowę miała całe oczy zapłakane, to był okropny widok. Kiedy patrzysz na osobę, na której ci zależy w takim stanie.... serce pęka.
- Jestem, aby cię wspierać Lily. - pogłaskałem ją po głowie.
- Nie dotykaj mnie ty cholerny ćpunie! - wrzasnęła odpychając mnie od siebie.
- Lily, posłuchaj. - usiadłem obok niej pod ścianą. - Chcę przestać ćpać, chcę iść na leczenie. Nie chcę być już takim kimś, jak byłem. Nie chcę żyć z dnia na dzień, chcę pomyśleć o przyszłości, tego wymaga mój wiek. I chcę, żebyś to właśnie ty mi pomogła. - Lily patrzyła na mnie z niedowierzaniem, kilkakrotnie otwierała usta, aby coś powiedzieć, lecz po chwili je zamykała.
- Jesteś pewien Justin? To będzie trudne, zdajesz sobie z tego sprawę? Dla takiej osoby co bierze to gówno tyle lat, to będzie spore wyzwanie. - złapałem ją za rękę.
- Mała, chcę tego, jestem tego świadom, lecz sam nie dam rady. Potrzebuję pomocy, dlatego proszę ciebie, pomóż mi. - pogłaskałem ją po ręce.
- Zayn też chciał się zmienić. - wyrwała swoją rękę i otarła łzy.
- Ja nie jestem Zayn, ja jestem Justin i chcę tego. - patrzyłem na nią, sądząc, że zgodzi mi się pomóc.
- Nie wiem Justin, muszę się zastanowić. - wstała i udała się w głąb korytarza i usiadła na krześle. Ja zostałem na swoim miejscu. Po chwili podeszła do mnie pielęgniarka.
- Proszę pana, proszę usiąść na krześle, taranuje pan ruch. - uniosłem głowę do góry. Nie, to niemożliwe.
- Justin? - zerwałem się na proste nogi, jednak to prawda. - Co ty tu robisz synu? Coś ci się stało? - zbliżyła się do mnie i zaczęła mnie oglądać. Bliższy kontakt z matką od tylu lat...
- Zostaw, ze mną wszystko dobrze. - dałem krok w tył, ukradkiem spojrzałem na Lily, mam nadzieje, że nie patrzy, błąd - przygląda się nam uważnie.
- Co się stało? Jesteś chory? Zawołać lekarza? - cała matka.
- Nie, jestem osobą odwiedzającą. - przyglądałem się jej uważnie, przemalowała włosy na jasny brąz, ładnie jej w tym kolorze.
- Któryś z twoich kolegów przedawkował? - czar prysł.
- Nie, jestem tu z Lily, jej ojciec miał niegroźny zawał. - kobieta ukradkiem rozejrzała się po korytarzu, zatrzymała się na Lily, która na nas ciągle patrzyła.
- Ona wie kim jesteś? - szepnęła.
- A do cholery kim ja jestem? Jakimś złodziejem, wiem, a może zabójcą!? - zacząłem unosić głos.
- Nie synu, masz problem z prochami. Dziewczyna powinna wiedzieć. - pogłaskała mnie po ręku, szybko ją zabrałem.
- Dziewczyna wie. - odparłem krótko. - Coś jeszcze mamo? - podkreśliłem.
- Przyjdź kiedyś do nas. - nie no kurwa, zaraz wybuchnę śmiechem.
- Kobieto, czy ty się słyszysz? - dotknąłem dwoma palcami swojej głowy.
- Jak ty się do mnie odnosisz? - zacisnęła szczęka.
- Tak jak ty i ojczulek do mnie kilka lat wstecz. Żegnam. - odwróciłem się i udałem się w stronę Lily.
- Justin. - widziała, że po tej rozmowie jestem rozbity.
- Daj spokój. - usiadłem obok niej wzdychając.
- Dlaczego nie chcesz się z nimi pogodzić? Pamiętaj, że to twoi rodzice. - wlepiła wzrok we mnie.
- Mała, wiem, ale jest to trudne, przyzwyczaiłem się, że ich nie ma w moim życiu. - uniosłem wzrok w sufit.
- Skoro chcesz się zmienić, chcesz zmienić swoje życie, porzucić je, to może warto też pogodzić się z rodzicami, Justin.
- Nie, nie chcę ich litości. - zapadła chwila ciszy.
- Pomogę ci Justin. - odwróciła głowę w moją stronę posyłając mi uśmiech.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę. - przytuliłem ją mocno.
- Kolego, bo mnie udusisz z tej radości.- zachichotała.
- Przepraszam. - puściłem ją. - Z tego wszystkiego zapomniałem... Jak z twoim ojcem? - zrobiłem się poważny.
- Nie jest źle, ale wiadomo, że dobrze też nie. Teraz jest na badaniach. Jakby karetka przyjechała później... - wzięła głęboki oddech.
- Najważniejsze, że będzie dobrze. - objąłem ją ramieniem i pogłaskałem.
*oczami Lily*
Nie spodziewałam się tu Justina, ale jednak cieszę się, że przyszedł. Cała ta sytuacja z jego matką... och. Na prawdę jest ciężko żyć bez rodziców. Zauważyłam lekarza prowadzącego, który wyszedł z sali badań.
- Panie doktorze. - wyrwałam się z objęć Justina. - Co z moim tatą? - stanęłam na przeciw niego.
- Wszystko dobrze, jest już przytomny. Za 2-3 dni będzie mógł wrócić do domu. Proszę się nie martwić. - posłał mi ciepły uśmiech.
- Dziękuję, a mogę go zobaczyć?
- Jak wróci z badań. - posłał mi kolejny ciepły uśmiech i poszedł w swoją stronę, usiadłam obok Justina.
- Wszystko dobrze z twoim ojcem? - spojrzał na mnie.
- Tak. - uśmiechnęłam się. Zobaczyłam jak przewożą ojca do sali, wstałam i pospiesznie udałam się w jego stronę. Zanim doszłam, był już na sali.
- Tato! - niemal wykrzyczałam.
- Lily, jesteś. - usiadłam na krześle obok niego.
- Jestem tato. - uśmiechnęłam się. - Jak się czujesz?
- Wiesz, bywało lepiej. - zaśmiał się.
- Odpoczywaj. - pogłaskałam go po dłoni.
- Jak ty sobie poradzisz be zemnie?
- Tato, ciebie i tak ciągle nie było w domu, pamiętasz? Po śmierci mamy wciągnąłeś się w wir pracy, sama sobie radziłam. Gotowałam, sprzątałam, prałam, przejęłam obowiązki mamy. I do tego chodziłam do szkoły. Jestem już duża, zauważyłeś? - zachichotałam.
- Tak córeczko. - uśmiechnął się. - Idź już do domu, odpocznij. - czy on mnie wygania?
- Tato, wyganiasz mnie? - uniosłam brwi.
- Odpocznij, ja też odpocznę. - wstałam z krzesła.
- Pa. - nachyliłam się i pocałowałam go w policzek.
- Pa. - odparł, wyszłam. Przy drzwiach stał Justin, lekko się go przestraszyłam.
- Justin! - wykrzyczałam, po czym podeszłam do niego i delikatnie uderzyłam go w klatkę piersiową.
- Co? - śmiał się.
- Przestraszyłeś mnie! - ruszyłam na przód ciągnąc go za rękaw od jego bluzy.
- To nie było moim zamiarem Lily. - puściłam go, szedł obok mnie.
- Jasne. - przegryzłam wargę.
- Gdzie idziemy? - patrzył na mnie.
- Ja idę do domu, a gdzie ty idziesz, nie wiem. - puściłam mu oczko. - Uważaj, ściana. - pociągnęłam go w swoją stronę. - Sierota. - wyszeptałam.
- Sierota? Ha! - wyszliśmy na zewnątrz. - Odwiozę cię, okej? - stanęliśmy obok czarnego BMW.
- Przejdę się. - moje spojrzenie mówi: nie zostawiaj mnie samej.
- Nalegam. - otworzył drzwi od strony pasażera.
- Och. - usiadłam, a on zamknął za mną drzwi.
- Uległaś. - ruszyliśmy.
- No jasne, oprzeć się tobie to grzech, Bieber. - wyszczerzyłam swoje zęby.
- Ja wiem. - poprawił włosy.
*
- Który dom? - ocknęłam się na słowa Justina.
- Ten biały po lewej stronie. Wejdziesz? - uśmiechnęłam się.
- A chcesz? - uniósł brew szczerząc się.
- Jakbym nie chciała, to bym się nie pytała. - zaśmiałam się. - To jak? - patrzyłam na niego.
- Jasne. - wysiedliśmy z auta, otworzyłam drzwi do domu.
- Zapraszam. - przepuściłam go w drzwiach.
- Panie przodem. - zachęcił mnie ręką.
- Och, panie Bieber, jaki pan uprzejmy. - zaśmiałam się wchodząc do domu. Po chwili oboje weszliśmy do salonu. - Napijesz się czegoś, zjesz coś? - krzyknęłam z kuchni.
- Nie dzięki. - nagle był obok mnie.
- Jezu, znów mnie straszysz. - nalałam sobie wody, upiłam łyk. Usłyszałam pukanie, a raczej walenie do drzwi. - Ktoś się napatoczył. - poszłam otworzyć. Nie, to nie może być prawda.
- Cześć Lily.
- Zayn? Co ty tu do cholery robisz!? - przełknęłam głośno ślinę.
________________
jest 5 rozdział, być może ktoś jeszcze pamięta mojego bloga, może ktoś skomentuje, wejdzie..
Wiem, że prochy marnują życie, bardzo związałam się z Justinem, dlatego chciałam mu pomóc. Kolejny raz popełniłam ten błąd - powiedziałam to, czego nie trzeba osobie, która jest na głodzie. Właściwie to nie wiem czemu, ale jeszcze go uderzyłam.
- Oj mała, przesadziłaś. - Justin niebezpiecznie się do mnie zbliżył, Liam zareagował szybko. Obaj z Harrym trzymali go.
- Niech weźmie, to nie zrobi ci krzywdy. - Harry zabrał mi woreczek. Dał Justinowi, nie mogłam na to patrzeć, więc poszłam na górę i zamknęłam się w moim dotychczasowym pokoju. Dlaczego przez to gówno wszystko się wali? Dlaczego też nie mogę mieć normalnych znajomych? Miałam ochotę porozmawiać z Maxem, brakowało mi go bardzo, a przed jego wyprowadzką powinnam spędzać z nim jak najwięcej czasu. Wzięłam telefon i zadzwoniłam do niego.
- Lily? - usłyszałam jego głos, czułam, że się uśmiecha.
- To ja Max. Musimy się spotkać. - między czasie przebrałam się w moje ciuchy.
- Okej, kiedy i gdzie? - byłam już gotowa do wyjścia.
- Przyjdź pod ten adres. - dokładnie wytłumaczyłam mu gdzie znajduje się dom Justina.
- Zaraz będę. Daj mi 10 minut. - cudownie, nie chciałam być tu dłużej.
- Okej. - posprzątałam po sobie w pokoju, zeszłam na dół. To co mnie tam zastało - koszmar. Justin siedział na krześle przy stole i wciągał koks, Liam palił marihuanę, a Harry otwierał wódkę. Cieszyłam się, że stąd wychodzę. Ćpuny i alkoholiki.
- Gdzie idziesz? - poczułam szarpnięcie nikogo innego jak Justina.
- Wychodzę stąd, baw się dobrze. - szarpałam się z nim.
- Chcesz trochę? - pomachał mi woreczkiem przed oczyma.
- Dobrze wiesz, że nie. - nie mogłam znieść mojego bólu psychicznego.
- Stary, nie dawaj jej tego. - usłyszałam głos Liama, miałam wrażenie, że ciągle był normalny. Justin mnie puścił i wrócił do swojego poprzedniego zajęcia. Wyszłam przed jego dom trzaskając drzwiami. Za chwilę zza rogu zjawił się Max. Podbiegłam do niego, a on miał przerażoną minę. Zapomniałam, że mam znaki po rozmowie z Zaynem.
- Lily, co ci się stało? - zaczął delikatnie opuszkami palców dotykać moich ran.
- Poszłam do Zayna, aby powiedzieć mu, że to koniec, zapomniałam, że był na głodzie i właśnie tak mnie potraktował. - teraz jednak bardziej bolało mnie to, jak zachował się Justin.
- Co za skurwysyn. - Max zacisnął szczękę.
- Spokojnie, już siedzi. - uspokoiłam go.
- Siedzie w pierdlu? - lekko się zdziwił.
- Tak. - zaczęłam iść na przód.
- A co ty robisz w tej okolicy? - Max szedł ze mną równym krokiem.
- Byłam u Justina. - chyba nie mówiłam mu, kto to jest Justin.
- U kogo? - Max spojrzał na mnie.
- Poznałam go u Zayna kiedyś, ale on jest trochę inny niż te zwyczajne ćpuny. - trochę jest, fakt.
- Mała, będziesz znów cierpiała, nie wpakuj się znów w żadne gówno. Obiecaj. - Max stanął na przeciw mnie.
- Obiecuje Max. - uśmiechnęłam się do niego.
- Zabieram cię na lody, co? - Max szturchnął mnie ramieniem.
- Co? - wybuchłam śmiechem.
- Z czego się śmiejesz? - spojrzał na mnie jak na psychopatkę.
- I myślisz, że teraz weźmiesz mnie za rączkę i pohasamy na lody? - nie mogłam opanować śmiechu.
- Lily, co jest z tobą? Zmieniłaś się w ciągu dnia. - Max zaczął na mnie krzyczeć.
- Nie, nie kochaniutki, ja dorośleje. - pomachałam mu palcem przed oczyma. - A teraz zabierz mnie na piwo. - pokiwałam paluszkiem, aby poszedł za mną. Tak też zrobił. Poszliśmy do piwiarni za rogiem. Max kupił nam po piwie, kiedy postawił je przede mną, dorwałam się do niego jak małe dziecko do butelki z mlekiem.
- Lily, doroślejesz. - Max również zaczął pić. - Nie podoba mi się to. - po chwili dodał.
- Max, nie zawsze będę taką malutką istotą. - patrzyłam na jego wyraz twarzy, był zły.
- Szkoda, bo taka jesteś najlepsza. - mruknął. Po chwili zadzwonił jego telefon, odebrał. Po chwili rozłączył się. - Muszę iść. - nagle wstał i bez pożegnania wyszedł. Dokończyłam piwo i też wyszłam. Udałam się do domu, po chwili w oddali zobaczyłam karetkę, która stoi obok mojeo domu. Szybko podbiegłam i zobaczyłam naszych sąsiadów, którzy stoją obok drzwi wejściowych. Za moment z domu wyszli ratownicy, którzy na noszach wynieśli mojego ojca. Co tu się do cholery dzieje?
- Lily. - zaczepiła mnie moja sąsiadka, widziała, że jestem zdezorientowana.
- Co się tu dzieje? - spojrzałam na nią załzawionym wzrokiem.
- Poszłam do twojego ojca, wiesz, że lubię czasem z nim porozmawiać, kiedy nie otwierał otworzyłam drzwi i zobaczyłam jak leży na podłodze nieprzytomny. Zadzwoniłam po pogotowie. Ale nie wiem co się stało. - poklepała mnie po ramieniu.
- Dziękuję. - podziękowałam kobiecie i podeszłam do ratowników. - Co mu się stało? - spojrzałam na jednego z ratowników.
- Jesteś córką? - obleciał mnie wzrokiem.
- Tak. - gestem ręki pozwolił mi wsiąść do karetki.
- Twój ojciec miał zawał, na szczęście w porę się zjawiliśmy. Będzie musiał poleżeć w szpitalu z tydzień, a potem wszystko będzie dobrze. - kamień z serca, nie mogło mi go zabraknąć.
- To dobrze. - złapałam ojca za rękę. Po chwili byliśmy w szpitalu, ratownicy szybko zabrali go na badania, a mi kazali czekać. Podeszła do mnie pielęgniarka.
- Coś potrzebujesz słonko? - była uśmiechnięta, chciałam zwrócić się do niej po nazwisku, spojrzałam na plakietkę - Pattie Bieber. To matka Justina!?
- Dziękuję, ale niczego mi nie potrzeba. - uśmiechnęłam się do kobiety, przy okazji dając jej do zrozumienia, że chcę być sama. Badania trwały tak cholernie długo...
*oczami Justina*
Dlaczego znów zawiodłem kogoś, na kim mi zależy? Dlaczego jestem dupkiem? Kiedy prochy mnie puściły, dopiero zdałem sobie sprawę, że Lily wyszła wściekła. A przecież mi na niej zależy. Cholernie ciężko jest utrzymać przy sobie osobę, na której nam zależy.
- Stary, bierzesz? - z rozmyśleń wyrwał mnie Harry, pytając czy biorę prochy.
- Trzeba z tym skończyć, nie uważacie? Te pieprzone prochy rozpierdoliły nam życie, nie? - rzuciłem woreczkiem z białą, sypką zawartością.
- Popierdoliło cię? - Harry używając dużo siły odepchał mnie, a ja upadłem na kanapę.
- Skąd ta zmiana? - Liam usiadł obok mnie.
- Chcesz do końca życia być sam? - spojrzałem na niego.
- Czego sam? - zaśmiał się. - Patrz co ja mam dla ciebie. - nagle do salonu weszła dziunia, znałem ją, była do wynajęcia w jednym z burdeli, kilka razy sam ją wynajmowałem. - Proszę, jest dla ciebie. - Liam rozsiadł się na kanapie.
- Sorry stary, ale nie mogę. - wyszedłem z jak największą prędkością z mojego domu i udałem się do domu Lily. Nie, chwila, nie wiem gdzie ona mieszka, wiedziałem tylko w jakiej okolicy. Kiedy byłem już na miejscu, spotkałem starszą panią.
- Przepraszam, gdzie mieszkają państwo Jonesowie? - kobieta wskazała palcem ja dużo biały dom z ogrodem.
- Ale teraz nie ma ich w domu, są w szpitalu. - spojrzałem na kobietę z przerażaniem.
- A co się stało? - oby Lily nic się nie stało.
- Pan Jones miał zawał i karetka go zabrała, a jego córka pojechała z nimi. - kobieta spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem.
- Dziękuję pani bardzo. - pobiegłem do swojego domu po auto, wparowałem do domu po kluczyki, chłopaki spali, a w środku nich prostytutka, więc nie było pytań. Po chwili siedziałem w środku i jechałem do szpitala. Środek dnia - zajebiste korki. Po półgodzinie byłem na miejscu.
- Przepraszam, gdzie leży pan Jones? - spytałem na recepcji.
- Drugie piętro, sala numer 12. - recepcjonistka wskazała ręką na schody.
- Dziękuję. - poszedłem schodami na drugie piętro, od razu mój wzrok wbił się w małą postać siedzącą pod jednej z sali. Miała schowaną głowę w kolanach, ale nie trudno było zauważyć, że to Lily.
- Lily! - podbiegłem do niej i kucnąłem przy niej.
- Justin? Co ty tu do cholery robisz? - kiedy podniosła głowę miała całe oczy zapłakane, to był okropny widok. Kiedy patrzysz na osobę, na której ci zależy w takim stanie.... serce pęka.
- Jestem, aby cię wspierać Lily. - pogłaskałem ją po głowie.
- Nie dotykaj mnie ty cholerny ćpunie! - wrzasnęła odpychając mnie od siebie.
- Lily, posłuchaj. - usiadłem obok niej pod ścianą. - Chcę przestać ćpać, chcę iść na leczenie. Nie chcę być już takim kimś, jak byłem. Nie chcę żyć z dnia na dzień, chcę pomyśleć o przyszłości, tego wymaga mój wiek. I chcę, żebyś to właśnie ty mi pomogła. - Lily patrzyła na mnie z niedowierzaniem, kilkakrotnie otwierała usta, aby coś powiedzieć, lecz po chwili je zamykała.
- Jesteś pewien Justin? To będzie trudne, zdajesz sobie z tego sprawę? Dla takiej osoby co bierze to gówno tyle lat, to będzie spore wyzwanie. - złapałem ją za rękę.
- Mała, chcę tego, jestem tego świadom, lecz sam nie dam rady. Potrzebuję pomocy, dlatego proszę ciebie, pomóż mi. - pogłaskałem ją po ręce.
- Zayn też chciał się zmienić. - wyrwała swoją rękę i otarła łzy.
- Ja nie jestem Zayn, ja jestem Justin i chcę tego. - patrzyłem na nią, sądząc, że zgodzi mi się pomóc.
- Nie wiem Justin, muszę się zastanowić. - wstała i udała się w głąb korytarza i usiadła na krześle. Ja zostałem na swoim miejscu. Po chwili podeszła do mnie pielęgniarka.
- Proszę pana, proszę usiąść na krześle, taranuje pan ruch. - uniosłem głowę do góry. Nie, to niemożliwe.
- Justin? - zerwałem się na proste nogi, jednak to prawda. - Co ty tu robisz synu? Coś ci się stało? - zbliżyła się do mnie i zaczęła mnie oglądać. Bliższy kontakt z matką od tylu lat...
- Zostaw, ze mną wszystko dobrze. - dałem krok w tył, ukradkiem spojrzałem na Lily, mam nadzieje, że nie patrzy, błąd - przygląda się nam uważnie.
- Co się stało? Jesteś chory? Zawołać lekarza? - cała matka.
- Nie, jestem osobą odwiedzającą. - przyglądałem się jej uważnie, przemalowała włosy na jasny brąz, ładnie jej w tym kolorze.
- Któryś z twoich kolegów przedawkował? - czar prysł.
- Nie, jestem tu z Lily, jej ojciec miał niegroźny zawał. - kobieta ukradkiem rozejrzała się po korytarzu, zatrzymała się na Lily, która na nas ciągle patrzyła.
- Ona wie kim jesteś? - szepnęła.
- A do cholery kim ja jestem? Jakimś złodziejem, wiem, a może zabójcą!? - zacząłem unosić głos.
- Nie synu, masz problem z prochami. Dziewczyna powinna wiedzieć. - pogłaskała mnie po ręku, szybko ją zabrałem.
- Dziewczyna wie. - odparłem krótko. - Coś jeszcze mamo? - podkreśliłem.
- Przyjdź kiedyś do nas. - nie no kurwa, zaraz wybuchnę śmiechem.
- Kobieto, czy ty się słyszysz? - dotknąłem dwoma palcami swojej głowy.
- Jak ty się do mnie odnosisz? - zacisnęła szczęka.
- Tak jak ty i ojczulek do mnie kilka lat wstecz. Żegnam. - odwróciłem się i udałem się w stronę Lily.
- Justin. - widziała, że po tej rozmowie jestem rozbity.
- Daj spokój. - usiadłem obok niej wzdychając.
- Dlaczego nie chcesz się z nimi pogodzić? Pamiętaj, że to twoi rodzice. - wlepiła wzrok we mnie.
- Mała, wiem, ale jest to trudne, przyzwyczaiłem się, że ich nie ma w moim życiu. - uniosłem wzrok w sufit.
- Skoro chcesz się zmienić, chcesz zmienić swoje życie, porzucić je, to może warto też pogodzić się z rodzicami, Justin.
- Nie, nie chcę ich litości. - zapadła chwila ciszy.
- Pomogę ci Justin. - odwróciła głowę w moją stronę posyłając mi uśmiech.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę. - przytuliłem ją mocno.
- Kolego, bo mnie udusisz z tej radości.- zachichotała.
- Przepraszam. - puściłem ją. - Z tego wszystkiego zapomniałem... Jak z twoim ojcem? - zrobiłem się poważny.
- Nie jest źle, ale wiadomo, że dobrze też nie. Teraz jest na badaniach. Jakby karetka przyjechała później... - wzięła głęboki oddech.
- Najważniejsze, że będzie dobrze. - objąłem ją ramieniem i pogłaskałem.
*oczami Lily*
Nie spodziewałam się tu Justina, ale jednak cieszę się, że przyszedł. Cała ta sytuacja z jego matką... och. Na prawdę jest ciężko żyć bez rodziców. Zauważyłam lekarza prowadzącego, który wyszedł z sali badań.
- Panie doktorze. - wyrwałam się z objęć Justina. - Co z moim tatą? - stanęłam na przeciw niego.
- Wszystko dobrze, jest już przytomny. Za 2-3 dni będzie mógł wrócić do domu. Proszę się nie martwić. - posłał mi ciepły uśmiech.
- Dziękuję, a mogę go zobaczyć?
- Jak wróci z badań. - posłał mi kolejny ciepły uśmiech i poszedł w swoją stronę, usiadłam obok Justina.
- Wszystko dobrze z twoim ojcem? - spojrzał na mnie.
- Tak. - uśmiechnęłam się. Zobaczyłam jak przewożą ojca do sali, wstałam i pospiesznie udałam się w jego stronę. Zanim doszłam, był już na sali.
- Tato! - niemal wykrzyczałam.
- Lily, jesteś. - usiadłam na krześle obok niego.
- Jestem tato. - uśmiechnęłam się. - Jak się czujesz?
- Wiesz, bywało lepiej. - zaśmiał się.
- Odpoczywaj. - pogłaskałam go po dłoni.
- Jak ty sobie poradzisz be zemnie?
- Tato, ciebie i tak ciągle nie było w domu, pamiętasz? Po śmierci mamy wciągnąłeś się w wir pracy, sama sobie radziłam. Gotowałam, sprzątałam, prałam, przejęłam obowiązki mamy. I do tego chodziłam do szkoły. Jestem już duża, zauważyłeś? - zachichotałam.
- Tak córeczko. - uśmiechnął się. - Idź już do domu, odpocznij. - czy on mnie wygania?
- Tato, wyganiasz mnie? - uniosłam brwi.
- Odpocznij, ja też odpocznę. - wstałam z krzesła.
- Pa. - nachyliłam się i pocałowałam go w policzek.
- Pa. - odparł, wyszłam. Przy drzwiach stał Justin, lekko się go przestraszyłam.
- Justin! - wykrzyczałam, po czym podeszłam do niego i delikatnie uderzyłam go w klatkę piersiową.
- Co? - śmiał się.
- Przestraszyłeś mnie! - ruszyłam na przód ciągnąc go za rękaw od jego bluzy.
- To nie było moim zamiarem Lily. - puściłam go, szedł obok mnie.
- Jasne. - przegryzłam wargę.
- Gdzie idziemy? - patrzył na mnie.
- Ja idę do domu, a gdzie ty idziesz, nie wiem. - puściłam mu oczko. - Uważaj, ściana. - pociągnęłam go w swoją stronę. - Sierota. - wyszeptałam.
- Sierota? Ha! - wyszliśmy na zewnątrz. - Odwiozę cię, okej? - stanęliśmy obok czarnego BMW.
- Przejdę się. - moje spojrzenie mówi: nie zostawiaj mnie samej.
- Nalegam. - otworzył drzwi od strony pasażera.
- Och. - usiadłam, a on zamknął za mną drzwi.
- Uległaś. - ruszyliśmy.
- No jasne, oprzeć się tobie to grzech, Bieber. - wyszczerzyłam swoje zęby.
- Ja wiem. - poprawił włosy.
*
- Który dom? - ocknęłam się na słowa Justina.
- Ten biały po lewej stronie. Wejdziesz? - uśmiechnęłam się.
- A chcesz? - uniósł brew szczerząc się.
- Jakbym nie chciała, to bym się nie pytała. - zaśmiałam się. - To jak? - patrzyłam na niego.
- Jasne. - wysiedliśmy z auta, otworzyłam drzwi do domu.
- Zapraszam. - przepuściłam go w drzwiach.
- Panie przodem. - zachęcił mnie ręką.
- Och, panie Bieber, jaki pan uprzejmy. - zaśmiałam się wchodząc do domu. Po chwili oboje weszliśmy do salonu. - Napijesz się czegoś, zjesz coś? - krzyknęłam z kuchni.
- Nie dzięki. - nagle był obok mnie.
- Jezu, znów mnie straszysz. - nalałam sobie wody, upiłam łyk. Usłyszałam pukanie, a raczej walenie do drzwi. - Ktoś się napatoczył. - poszłam otworzyć. Nie, to nie może być prawda.
- Cześć Lily.
- Zayn? Co ty tu do cholery robisz!? - przełknęłam głośno ślinę.
________________
jest 5 rozdział, być może ktoś jeszcze pamięta mojego bloga, może ktoś skomentuje, wejdzie..
sobota, 27 czerwca 2015
Rozdział 4
*oczami Lily*
Zrobiłam sobie małą drzemkę. Przypomniałam sobie, że muszę dać znać ojcu, gdzie się znajduję. Napisałam mu, że spotkałam Liama, zagadałam się z nim, było późno, więc prześpię się u niego. Z czołgałam się z łóżka i powoli zeszłam na dół. Było pusto.
- Justin? - spytałam, lecz odpowiedzi nie uzyskałam. Znalazłam karteczkę na blacie kuchennym. "Lily, Zayn jest już aresztowany. Dałem mu w mordę i teraz policja zatrzymała mnie. Nie martw się, powinienem wrócić. Rozgość się, czuj się jak u siebie. Odpoczywaj. - Justin". - Cholera. - szepnęłam. Od razu wycisnęłam numer do Liama. Znów stał mi się bliski.
- Halo? - usłyszałam w słuchawce.
- Cześć. Możesz przyjechać do Justina? I to szybko. - powiedziałam w pośpiechu.
- Jasne, zaraz będę. - rozłączyłam się. Czekałam na niego jakieś 10-15 minut. Po chwili wszedł do domu. - Co jest? - wręczyłam mu karteczkę, przeczytał ją, a potem zgiął i wyrzucił. - Chcesz jechać, prawda? - spojrzał na mnie "spod byka".
- Zgadłeś. - Liam się tylko uśmiechnął i zachęcił mnie ręką, abym poszła do samochodu. Tak też zrobiłam. Ruszyliśmy w stronę komisariatu. Sama nie wiedziałam, kogo chcę tam odwiedzić. Jednak po dzisiejszym dniu, chciałam wyciągnąć stamtąd Justina. Po chwili byliśmy na miejscu. Weszliśmy do środka, od razu zauważyłam Justina siedzącego na krześle na korytarzu.
- Lily? - zdziwił się, ale nadal był uśmiechnięty.
- To ja. - usiadłam obok niego.
- Miałaś odpoczywać, a ty stary, masz przesrane, że ją nie dopilnowałeś. - wskazał palcem na Liama, po czym obaj zaczęli się śmiać.
- Ej, nie masz żadnych prochów przy sobie? - szepnął Liam w stronę Justina.
- Już od dwóch dni nie biorę, bo nie mam, także spokojnie. - przypomniałam nagle sobie, że przecież Justin też ćpa.
- Przesłuchiwali cię? - szybko zmieniłam temat.
- Tak, teraz przesłuchują Zayna i pewnie będą przesłuchiwali i ciebie. - Justin delikatnie pogładził moją rękę, a ja poczułam dreszcze, przyjemnie dreszcze.
- Dobrze. - również pogłaskałam dłoń Justina, dodałam mu otuchy.
- Pan Bieber? - z jednej z sal wyszedł policjant.
- To ja. - Justin wstał.
- Pójdzie pan z nami. - powiedział stanowczo.
- Gdzie? Przecież byłem przesłuchiwany. - Jus bezradnie rozłożył ręce.
- Tak, wiem, ale aresztowany musi pana rozpoznać. - policjant podszedł do Justina i popchał go delikatnie do przodu. Poszli do sali, a ja zostałam z Liamem.
- Jeszcze przeze mnie tyle kłopotu. - typowa ja, obwinianie się za krzywdy świata.
- Mała, gdyby Justin nie chciał, nie zrobił by tego, ale chciał. - Liam usiadł obok mnie i rozłożył się na krzesełku wzdychając.
- W sumie to masz rację. - siedziałam i czekałam, ale na co, sama nie wiedziałam.
- Panna Lily Jones? Jest tu obecna? - z sali w której był Justin, wyszedł ten sam policjant.
- Jestem. - udałam się w kierunku policjanta.
- Zapraszam. - weszłam do środka, Zayn siedział na krześle w kajdankach, Justin siedział po przeciwnej stronie i się uśmiechał. Usiadłam na krześle, które stało na środku pokoju.
- Dobrze, proszę powiedzieć co zdarzyło się dnia 20 maja bieżącego roku?
- Poszłam do Zayna, powiedziałam mu, że koniec z nami, a on potraktował mnie tak, jak potraktował. - naprawdę było mi ciężko o tym mówić.
- Co pani dokładnie zrobił? - policjant robił notatki.
- Dusił, szarpał za włosy, zapchał ze schodów. - wzrok utrzymywałam na swoich dłoniach.
- Zasłużyłaś. - do rozmowy włączył się Zayn.
- Cicho! - upomniał go policjant.
- A co będzie z Justinem? - skierowałam pytanie do policjanta.
- Mała, będzie dobrze. - usłyszałam głos Justina.
- Pan Bieber jest wolny, nie było żadnego uszczerbku na zdrowiu, dział w obronie pani. - kamień spadł mi z serca. Kątem oka spojrzałam na Justina, nadal był uśmiechnięty.
- A Zayn? - właściwie nie wiem, czemu spytałam.
- Pan Malik zostaje tymczasowo aresztowany. O jego losie zdecyduje sąd. Dziękuje państwu, są państwo wolni. - policjant wstał z miejsca i pokierował nas do drzwi. Wyszliśmy na zewnątrz, usiadłam na krześle, schowałam twarz w kolana i zaczęłam płakać.
- Co jest? - Justin kucnął obok mnie.
- Straciłam osobę, którą kochałam. To jest okropny ból. Ktoś po prostu wyrwał mi serce. - uniosłam wzrok na Justina.
- Wiem Lily co czujesz. - co miał na myśli? Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem.
*oczami Justina*
Postanowiłem powiedzieć Lily nieco o moim życiu.
- Wiesz mała, zacząłem ćpać przez nieudaną miłość.
*wspomnienie*
Siedziałem w parku umówiony z Jennifer. W oddali zobaczyłem długonogą blondynkę, zdecydowanie to była moja dziewczyna. Podbiegłem do niej i namiętnie pocałowałem.
- Cześć skarbie. - powiedziałem przerywając pocałunek.
- Cześć. - odpowiedziała z uśmiechem.
- Jak samopoczucie słonko? - splotłem nasze palce i ruszyliśmy przed siebie.
- Średnio. Mam ochotę kupić kilka ciuszków. - zatrzepotała rzęsami.
- Nie ma problemu. - praktycznie zawsze kupowałem jej ubrania, rodzice są dziani, a jej się nie przelewa. Udaliśmy się do jednej z nielicznych galerii handlowych. Zaczęliśmy rundkę po sklepach. Miałem już kilka siatek. W ostatnim sklepie ktoś ją zaczepił.
- Jennifer? Co ty tu robisz? Tu szukasz pracy? - odwróciłem się i zobaczyłem czarnoskórego mężczyznę koło trzydziestki.
- Pan mnie musiał z kimś pomylić. - widziałem po jej minie, że jest zakłopotana, nie wiedziałem o co chodzi.
- Przestań, zapomniałaś o wczorajszym dniu? - zacząłem się niepokoić, więc stanąłem obok Jen.
- Nie rozumiem. - ona ciągle zaprzeczała.
- A ty jesteś jej facetem? - czarnoskóry mężczyzna zaczął się śmiać.
- Jestem, a co? - przymrużyłem oczy.
- Śpisz z laską, która śpi z całym miastem. - facet po porostu kpił ze mnie, a ja nie rozumiałem dlaczego.
- Może jaśniej? - spytałem.
- Jesteś z prostytutką. - zaczął się śmiać na cały głos, a moja szczęka walnęła o podłogę.
- On gada prawdę? - uniosłem głos w stronę Jen.
- Ja ci to wytłumaczę. Po prostu nie mam pieniędzy, a chcę mieć swoje oszczędności. Po prostu tak wyszło, zrozum mnie. - zaczęła płakać.
- Jesteś pojebana! Spać z facetami za hajs. Od ilu to robisz i mnie okłamujesz? - zacząłem na nią krzyczeć, ale innego wyjścia nie było.
- Od prawie roku. - załamałem się, w ciągu roku spałem z nią sporo razu, mogłem się czymś zarazić.
- A od ilu jesteśmy razem? Półtora roku. Okłamujesz mnie większość naszego związku. Przyznaj się, że nie zależy ci tylko na hajsie, ale po prostu lubisz się pieprzyć. A może mnie nie kochasz, tylko chcesz, abym płacił za ciebie? - wrzeszczałem jej prosto w twarz, ona spuściła głowę. - Wszystko jasne. - wyszedłem wściekły z galerii handlowej, po drodze rzuciłem zakupy w kąt.
Chciałem się odstresować. Przyszedł mi pomysł, aby spróbować czegoś nowego. Poszedłem do parku, zaczepiłem dilera, sprzedał mi jakieś prochy. Poszedłem do domu i wziąłem.
*koniec wspomnienia*
- Potem ćpałem z ćpunami w parku, napatoczyłem się na Liama, a Liam poznał mnie z Harrym. Kilka tygodni później po ukończeniu szkoły rodzice wywalili mnie z domu, bo nie chciałem się leczyć. Wszystko przez jedną szmatę. - spojrzałem na Lily, była zdziwiona, więcej z jej wyrazu twarzy nie mogłem wyczytać.
- Nie nazywaj tak kobiet. - zwróciła mi uwagę za słownictwo.
- Przepraszam. - znów byłem w pozycji stojącej.
- Chcę wrócić do domu Justin. - wymamrotała po czym wstała i udała się do wyjścia.
- Podwieziesz nas? - zwróciłem się do Liama.
- Jasne. - wyszliśmy za Lily. Liam odwiózł nas do mojego domu. Widziałem, że Lily jest bardzo zmęczona dzisiejszym dniem.
- Może naszykuję ci gorącą kąpiel? - spytałem, kiedy Lily wchodziła na górę.
- A mógłbyś? - nagle znalazła się obok mnie i trzepotała rzęsami.
- Oczywiście aniołku. Dam dużo piany i płatek róż. - patrzyłem jej głęboko w oczy, były fascynujące.
- Uwielbiam cię! - ucałowała mój policzek i uciekła na górę. Poszedłem na piętro do łazienki, nalałem dużo płynu do kąpieli, odkręciłem wodę na odpowiednią temperaturę i dodałem płatki czerwonych róż. Znalazłem dwie duże świecie, więc postawiłem je na półce znajdującą się nieopodal wanny. Po kilku minutach wanna była zapełniona wodą.
- Lily, kąpiel gotowa. - powiedziałem pukając w drzwi od sypialni.
- Już idę, tylko. - otworzyła drzwi. - Dasz mi coś do spania? - uśmiechnęła się.
- Jasne, tylko zaczekaj. - poszedłem do sypialni, otworzyłem szafę, w której miałem same elegancie koszule. - Wybieraj. - zachęciłem ją ręką.
- O matko. - wytrzeszczyła oczy. - To poproszę tą. - wzięła niebieską koszulę.
- Bierz. - zamknąłem szafę.
- To idę. - jeszcze nigdy nie widziałem jej tak uśmiechniętej. Zrobiłem mały porządek w pokoju, aby Lily nie musiała tego robić. Po chwili usłyszałem jej pisk i głośne słowa "Matko!". Zaalarmowany podbiegłem pod drzwi łazienki.
- Lily, wszystko dobrze? Coś ci się stało? - zapukałem. Po chwili uchyliły się drzwi, zobaczyłem zapłakaną Lily w samej bieliźnie. Mój wzrok zatrzymał się na siniakach na brzuchu. Były ogromne.
- Patrz co on mi zrobił. - nagle zaczęła się trząść, nie wiedziałem co zrobić, ona sama podeszła do mnie i mocno się przytuliła. Objąłem jej drobne ciało swymi ramionami. Wyglądała jak małe bezbronne dziecko, a jednocześnie jak seksowna kobieta. - Przepraszam. - otarła łzy rączkami.
- Pamiętaj, że masz mnie, Liama i Harrego, tak? - delikatnie trzymałem jej ramiona. Nic nie odpowiedziała, tylko kiwnęła głową i wróciła do łazienki. Miałem ochotę zabić tego skurwiela, ale wiedziałem, że mogę trafić nawet za kratki. Skończyłem porządki w pokoju, udałem się do kuchni w celu zrobienia kolacji. Było już późno, więc zrobiłem szybkie kanapki. Usłyszałem małe kroki na schodach, Lily była już uśmiechnięta, cieszyłem się z tego powodu. Usiadła na krześle obok stołu. Nic nie mówiła, tylko jadła.
- Smaczne. - uśmiechała się.
- Widzisz jaki kucharz ze mnie. - ja również jadłem.
- Justin, mam takie pytanie. - przerwała jedzenie.
- Słucham? - patrzyłem na nią.
- Myślałeś kiedyś, aby przestać ćpać? Zmienić coś w swoim życiu? - zaskoczyło mnie jej pytanie.
- Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Przywykłem do tego trybu życia. - uważnie się jej przyglądałem, nie wiedziałem co ma na myśli.
- I nie chcesz zobaczyć się z rodzicami? - przyznam, szokowały mnie jej pytania.
- Sądzę, że oni tego nie chcą. - straciłem apetyt, Lily też.
- Czemu jesteś taki pewny? - Lily odsunęła od siebie talerz z kanapkami.
- Znam ich za dobrze. - zacząłem sprzątać ze stołu. Milczeliśmy chwilę.
- Idę spać, dobranoc Justin. - powiedziała czule po czym udała się na górę.
- Dobranoc. - odpowiedziałem po czym udałem się do "pokoju gościnnego". Wziąłem potrzebne rzeczy wziąłem prysznic. Wytarłem ciało i nałożyłem bokserki. Nie miałem zamiaru spać inaczej, bo pod moim dachem jest Lily. Podszedłem do lusterka, ułożyłem włosy, a na koniec je wysuszyłem. Udałem się do pokoju, położyłem się na łóżko i zasnąłem.
*
Obudził mnie dźwięk otwierających się drzwi. Otworzyłem oczy, w pokoju panowała jeszcze ciemność.
- Justin? - to był głos Lily.
- Mała, co jest? - zaświeciłem lampkę, która stała obok mojego łóżka. Lily usiadła obok mnie.
- Byłam na dole, aby się czegoś napić i ktoś otwierał kluczem drzwi do domu. Przeraziłam się i przybiegłam do ciebie. - spojrzałem na nią z lekkim niedowierzaniem, przecież nikt nie miał kluczy do mojego domu.
- Jesteś pewna? - wstałem z łóżka, zaraz poczułem wzrok Lily na sobie.
- Jestem pewna Justin. - przytaknęła głową.
- Zostań, pójdę sprawdzić. - nie ukrywam, sam byłem lekko zdziwiony jak i przestraszony.
- Nie, nie zostanę sama. - zaraz złapała się mojej ręki i zeszliśmy na dół. Zaświeciłem światło, zwiedziłem wszystkie zakamarki, lecz nikogo nie było. - Może sprawdź drzwi wejściowe. - wyszeptała Lily, która trzymała się mojej ręki.
- Masz rację. - podszedłem do drzwi i złapałem za klamkę, faktycznie były otwarte. Chciałem zadzwonić na policję, ale mogę mieć w domu prochy.
- Justin, boję się. - Lily praktycznie wisiała mi na szyi.
- Nie bój się, wszystko jest pod kontrolą. - pogłaskałem ją po dłoni, następnie zamknąłem drzwi i wróciliśmy na górę.
- Mogę spać z tobą? - dziewczyna trzepotała rzęsami, w jej oczach gościł strach.
- Nie widzę problemu, ale jeśli mnie się boisz, to musisz przynieść oddzielną kołdrę. - zaśmiałem się.
- Ufam ci. - oboje staliśmy nad łóżkiem w pokoju gościnnym.
- Skoro tak. - położyłem się na łóżku, mała zrobiła to samo. Przykryłem nas kołdrą, Lily odwróciła się plecami do mnie.
- Dobranoc Justin. - usłyszałem.
- Dobranoc Lily. - odpowiedziałem.
*
Obudziłem się sam z siebie. Chciałem się podnieść, lecz coś mi przeszkodziło. Spojrzałem na swoją klatkę, leżała na niej ręka Lily, a na ramieniu jej głowa. Kilka dni temu bym to wykorzystał, ale teraz poznałem Lily, wiem jaka jest. Nie chciałbym jej skrzywdzić. Delikatnie wziąłem jej rękę i odłożyłem na łóżko. Wstałem, nałożyłem szare dresy i udałem się na dół. Ciągle chodziło mi po głowie to wczorajsze zamieszanie, byłem kompletnie zdezorientowany. Poczułem straszną ochotę na marychę, otworzyłem szufladę w salonie, poszperałem - pusto. Poszukałem prochów - pusto.
- Cholera. - wydukałem.
- Coś się stało? - poczułem malutkie dłonie na moich plecach.
- Nic, nic. - odwróciłem się w stronę Lily. - Obudziłem cię? - wróciliśmy do kuchni.
- Nie, chciałam się na ciebie położyć, ale znikłeś. - zaśmiała się.
- Prowokujesz, ach prowokujesz. - pokręciłem głową.
- Oj zdaje ci się. - usiadła na blacie. - To co jemy? - rozglądnęła się po kuchni.
- Myślałem, że ty coś zrobisz. - podrapałem się po głowie.
- Wiesz, nie jestem głodna. - zeszła z blatu i zaczęła chodzić po kuchni śmiejąc się.
- Brałaś coś? - zaśmiałem się podchodząc do niej.
- Coś ty, już nie biorę. - no tak, historia z Liamem.
- Na pewno? - spojrzałem jej w oczy, były naturalne.
- Na pewno tato. - parsknęła śmiechem.
- No dobra, to co jemy? - usłyszałem pukanie do drzwi.
- Otworzę. - Lily pośpiesznie poleciała do drzwi, otworzyła, był to Liam i Harry.
- Ołł, co tu się dzieje? - Liam przeleciał wzrokiem Lily, która była nadal w mojej koszuli, wiedziałem dobrze, co chciałby zrobić w tym momencie.
- Kontrola. - Harry wpadł do domu, za nim Liam.
- Nic, jesteśmy grzeczni! - uniosłem ręce do góry.
- Jasne Bieber, za dobrze cię znam. - Liam rzucił mi mały woreczek z białą zawartością, wiedział czego mi trzeba było do pełnego szczęścia.
- Dzięki stary. Hajs tam gdzie zawsze. - krzyknąłem w jego stronę. Zapomniałem, że Lily na to patrzy.
- Justin. - nagle Lily wyrwała mi woreczek z ręki. - Nie chcesz tego brać. - widziałem na jej twarzy złość.
- Słuchaj Lily, dobrze wiesz, że jestem ćpunem. Wiedziałaś, do kogo się pakujesz. - właściwie to chyba trochę przesadziłem.
- Justin, chcę ci pomóc. - co ona pieprzy?
- Chcesz pomóc ćpunowi? - zacząłem się śmiać. - Mała, nie bądź śmieszna.
- Justin! - dostałem z liścia. Był to jej błąd...
_______________
proszę, rozdział 4 gotowy. jest was bardzo mało - dlaczego? chcecie abym dalej pisała, to możecie "rozsławić" bloga, ponieważ nie opłaca mi się pisać dla kilku osób..
komentujesz=motywujesz!
Zrobiłam sobie małą drzemkę. Przypomniałam sobie, że muszę dać znać ojcu, gdzie się znajduję. Napisałam mu, że spotkałam Liama, zagadałam się z nim, było późno, więc prześpię się u niego. Z czołgałam się z łóżka i powoli zeszłam na dół. Było pusto.
- Justin? - spytałam, lecz odpowiedzi nie uzyskałam. Znalazłam karteczkę na blacie kuchennym. "Lily, Zayn jest już aresztowany. Dałem mu w mordę i teraz policja zatrzymała mnie. Nie martw się, powinienem wrócić. Rozgość się, czuj się jak u siebie. Odpoczywaj. - Justin". - Cholera. - szepnęłam. Od razu wycisnęłam numer do Liama. Znów stał mi się bliski.
- Halo? - usłyszałam w słuchawce.
- Cześć. Możesz przyjechać do Justina? I to szybko. - powiedziałam w pośpiechu.
- Jasne, zaraz będę. - rozłączyłam się. Czekałam na niego jakieś 10-15 minut. Po chwili wszedł do domu. - Co jest? - wręczyłam mu karteczkę, przeczytał ją, a potem zgiął i wyrzucił. - Chcesz jechać, prawda? - spojrzał na mnie "spod byka".
- Zgadłeś. - Liam się tylko uśmiechnął i zachęcił mnie ręką, abym poszła do samochodu. Tak też zrobiłam. Ruszyliśmy w stronę komisariatu. Sama nie wiedziałam, kogo chcę tam odwiedzić. Jednak po dzisiejszym dniu, chciałam wyciągnąć stamtąd Justina. Po chwili byliśmy na miejscu. Weszliśmy do środka, od razu zauważyłam Justina siedzącego na krześle na korytarzu.
- Lily? - zdziwił się, ale nadal był uśmiechnięty.
- To ja. - usiadłam obok niego.
- Miałaś odpoczywać, a ty stary, masz przesrane, że ją nie dopilnowałeś. - wskazał palcem na Liama, po czym obaj zaczęli się śmiać.
- Ej, nie masz żadnych prochów przy sobie? - szepnął Liam w stronę Justina.
- Już od dwóch dni nie biorę, bo nie mam, także spokojnie. - przypomniałam nagle sobie, że przecież Justin też ćpa.
- Przesłuchiwali cię? - szybko zmieniłam temat.
- Tak, teraz przesłuchują Zayna i pewnie będą przesłuchiwali i ciebie. - Justin delikatnie pogładził moją rękę, a ja poczułam dreszcze, przyjemnie dreszcze.
- Dobrze. - również pogłaskałam dłoń Justina, dodałam mu otuchy.
- Pan Bieber? - z jednej z sal wyszedł policjant.
- To ja. - Justin wstał.
- Pójdzie pan z nami. - powiedział stanowczo.
- Gdzie? Przecież byłem przesłuchiwany. - Jus bezradnie rozłożył ręce.
- Tak, wiem, ale aresztowany musi pana rozpoznać. - policjant podszedł do Justina i popchał go delikatnie do przodu. Poszli do sali, a ja zostałam z Liamem.
- Jeszcze przeze mnie tyle kłopotu. - typowa ja, obwinianie się za krzywdy świata.
- Mała, gdyby Justin nie chciał, nie zrobił by tego, ale chciał. - Liam usiadł obok mnie i rozłożył się na krzesełku wzdychając.
- W sumie to masz rację. - siedziałam i czekałam, ale na co, sama nie wiedziałam.
- Panna Lily Jones? Jest tu obecna? - z sali w której był Justin, wyszedł ten sam policjant.
- Jestem. - udałam się w kierunku policjanta.
- Zapraszam. - weszłam do środka, Zayn siedział na krześle w kajdankach, Justin siedział po przeciwnej stronie i się uśmiechał. Usiadłam na krześle, które stało na środku pokoju.
- Dobrze, proszę powiedzieć co zdarzyło się dnia 20 maja bieżącego roku?
- Poszłam do Zayna, powiedziałam mu, że koniec z nami, a on potraktował mnie tak, jak potraktował. - naprawdę było mi ciężko o tym mówić.
- Co pani dokładnie zrobił? - policjant robił notatki.
- Dusił, szarpał za włosy, zapchał ze schodów. - wzrok utrzymywałam na swoich dłoniach.
- Zasłużyłaś. - do rozmowy włączył się Zayn.
- Cicho! - upomniał go policjant.
- A co będzie z Justinem? - skierowałam pytanie do policjanta.
- Mała, będzie dobrze. - usłyszałam głos Justina.
- Pan Bieber jest wolny, nie było żadnego uszczerbku na zdrowiu, dział w obronie pani. - kamień spadł mi z serca. Kątem oka spojrzałam na Justina, nadal był uśmiechnięty.
- A Zayn? - właściwie nie wiem, czemu spytałam.
- Pan Malik zostaje tymczasowo aresztowany. O jego losie zdecyduje sąd. Dziękuje państwu, są państwo wolni. - policjant wstał z miejsca i pokierował nas do drzwi. Wyszliśmy na zewnątrz, usiadłam na krześle, schowałam twarz w kolana i zaczęłam płakać.
- Co jest? - Justin kucnął obok mnie.
- Straciłam osobę, którą kochałam. To jest okropny ból. Ktoś po prostu wyrwał mi serce. - uniosłam wzrok na Justina.
- Wiem Lily co czujesz. - co miał na myśli? Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem.
*oczami Justina*
Postanowiłem powiedzieć Lily nieco o moim życiu.
- Wiesz mała, zacząłem ćpać przez nieudaną miłość.
*wspomnienie*
Siedziałem w parku umówiony z Jennifer. W oddali zobaczyłem długonogą blondynkę, zdecydowanie to była moja dziewczyna. Podbiegłem do niej i namiętnie pocałowałem.
- Cześć skarbie. - powiedziałem przerywając pocałunek.
- Cześć. - odpowiedziała z uśmiechem.
- Jak samopoczucie słonko? - splotłem nasze palce i ruszyliśmy przed siebie.
- Średnio. Mam ochotę kupić kilka ciuszków. - zatrzepotała rzęsami.
- Nie ma problemu. - praktycznie zawsze kupowałem jej ubrania, rodzice są dziani, a jej się nie przelewa. Udaliśmy się do jednej z nielicznych galerii handlowych. Zaczęliśmy rundkę po sklepach. Miałem już kilka siatek. W ostatnim sklepie ktoś ją zaczepił.
- Jennifer? Co ty tu robisz? Tu szukasz pracy? - odwróciłem się i zobaczyłem czarnoskórego mężczyznę koło trzydziestki.
- Pan mnie musiał z kimś pomylić. - widziałem po jej minie, że jest zakłopotana, nie wiedziałem o co chodzi.
- Przestań, zapomniałaś o wczorajszym dniu? - zacząłem się niepokoić, więc stanąłem obok Jen.
- Nie rozumiem. - ona ciągle zaprzeczała.
- A ty jesteś jej facetem? - czarnoskóry mężczyzna zaczął się śmiać.
- Jestem, a co? - przymrużyłem oczy.
- Śpisz z laską, która śpi z całym miastem. - facet po porostu kpił ze mnie, a ja nie rozumiałem dlaczego.
- Może jaśniej? - spytałem.
- Jesteś z prostytutką. - zaczął się śmiać na cały głos, a moja szczęka walnęła o podłogę.
- On gada prawdę? - uniosłem głos w stronę Jen.
- Ja ci to wytłumaczę. Po prostu nie mam pieniędzy, a chcę mieć swoje oszczędności. Po prostu tak wyszło, zrozum mnie. - zaczęła płakać.
- Jesteś pojebana! Spać z facetami za hajs. Od ilu to robisz i mnie okłamujesz? - zacząłem na nią krzyczeć, ale innego wyjścia nie było.
- Od prawie roku. - załamałem się, w ciągu roku spałem z nią sporo razu, mogłem się czymś zarazić.
- A od ilu jesteśmy razem? Półtora roku. Okłamujesz mnie większość naszego związku. Przyznaj się, że nie zależy ci tylko na hajsie, ale po prostu lubisz się pieprzyć. A może mnie nie kochasz, tylko chcesz, abym płacił za ciebie? - wrzeszczałem jej prosto w twarz, ona spuściła głowę. - Wszystko jasne. - wyszedłem wściekły z galerii handlowej, po drodze rzuciłem zakupy w kąt.
Chciałem się odstresować. Przyszedł mi pomysł, aby spróbować czegoś nowego. Poszedłem do parku, zaczepiłem dilera, sprzedał mi jakieś prochy. Poszedłem do domu i wziąłem.
*koniec wspomnienia*
- Potem ćpałem z ćpunami w parku, napatoczyłem się na Liama, a Liam poznał mnie z Harrym. Kilka tygodni później po ukończeniu szkoły rodzice wywalili mnie z domu, bo nie chciałem się leczyć. Wszystko przez jedną szmatę. - spojrzałem na Lily, była zdziwiona, więcej z jej wyrazu twarzy nie mogłem wyczytać.
- Nie nazywaj tak kobiet. - zwróciła mi uwagę za słownictwo.
- Przepraszam. - znów byłem w pozycji stojącej.
- Chcę wrócić do domu Justin. - wymamrotała po czym wstała i udała się do wyjścia.
- Podwieziesz nas? - zwróciłem się do Liama.
- Jasne. - wyszliśmy za Lily. Liam odwiózł nas do mojego domu. Widziałem, że Lily jest bardzo zmęczona dzisiejszym dniem.
- Może naszykuję ci gorącą kąpiel? - spytałem, kiedy Lily wchodziła na górę.
- A mógłbyś? - nagle znalazła się obok mnie i trzepotała rzęsami.
- Oczywiście aniołku. Dam dużo piany i płatek róż. - patrzyłem jej głęboko w oczy, były fascynujące.
- Uwielbiam cię! - ucałowała mój policzek i uciekła na górę. Poszedłem na piętro do łazienki, nalałem dużo płynu do kąpieli, odkręciłem wodę na odpowiednią temperaturę i dodałem płatki czerwonych róż. Znalazłem dwie duże świecie, więc postawiłem je na półce znajdującą się nieopodal wanny. Po kilku minutach wanna była zapełniona wodą.
- Lily, kąpiel gotowa. - powiedziałem pukając w drzwi od sypialni.
- Już idę, tylko. - otworzyła drzwi. - Dasz mi coś do spania? - uśmiechnęła się.
- Jasne, tylko zaczekaj. - poszedłem do sypialni, otworzyłem szafę, w której miałem same elegancie koszule. - Wybieraj. - zachęciłem ją ręką.
- O matko. - wytrzeszczyła oczy. - To poproszę tą. - wzięła niebieską koszulę.
- Bierz. - zamknąłem szafę.
- To idę. - jeszcze nigdy nie widziałem jej tak uśmiechniętej. Zrobiłem mały porządek w pokoju, aby Lily nie musiała tego robić. Po chwili usłyszałem jej pisk i głośne słowa "Matko!". Zaalarmowany podbiegłem pod drzwi łazienki.
- Lily, wszystko dobrze? Coś ci się stało? - zapukałem. Po chwili uchyliły się drzwi, zobaczyłem zapłakaną Lily w samej bieliźnie. Mój wzrok zatrzymał się na siniakach na brzuchu. Były ogromne.
- Patrz co on mi zrobił. - nagle zaczęła się trząść, nie wiedziałem co zrobić, ona sama podeszła do mnie i mocno się przytuliła. Objąłem jej drobne ciało swymi ramionami. Wyglądała jak małe bezbronne dziecko, a jednocześnie jak seksowna kobieta. - Przepraszam. - otarła łzy rączkami.
- Pamiętaj, że masz mnie, Liama i Harrego, tak? - delikatnie trzymałem jej ramiona. Nic nie odpowiedziała, tylko kiwnęła głową i wróciła do łazienki. Miałem ochotę zabić tego skurwiela, ale wiedziałem, że mogę trafić nawet za kratki. Skończyłem porządki w pokoju, udałem się do kuchni w celu zrobienia kolacji. Było już późno, więc zrobiłem szybkie kanapki. Usłyszałem małe kroki na schodach, Lily była już uśmiechnięta, cieszyłem się z tego powodu. Usiadła na krześle obok stołu. Nic nie mówiła, tylko jadła.
- Smaczne. - uśmiechała się.
- Widzisz jaki kucharz ze mnie. - ja również jadłem.
- Justin, mam takie pytanie. - przerwała jedzenie.
- Słucham? - patrzyłem na nią.
- Myślałeś kiedyś, aby przestać ćpać? Zmienić coś w swoim życiu? - zaskoczyło mnie jej pytanie.
- Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Przywykłem do tego trybu życia. - uważnie się jej przyglądałem, nie wiedziałem co ma na myśli.
- I nie chcesz zobaczyć się z rodzicami? - przyznam, szokowały mnie jej pytania.
- Sądzę, że oni tego nie chcą. - straciłem apetyt, Lily też.
- Czemu jesteś taki pewny? - Lily odsunęła od siebie talerz z kanapkami.
- Znam ich za dobrze. - zacząłem sprzątać ze stołu. Milczeliśmy chwilę.
- Idę spać, dobranoc Justin. - powiedziała czule po czym udała się na górę.
- Dobranoc. - odpowiedziałem po czym udałem się do "pokoju gościnnego". Wziąłem potrzebne rzeczy wziąłem prysznic. Wytarłem ciało i nałożyłem bokserki. Nie miałem zamiaru spać inaczej, bo pod moim dachem jest Lily. Podszedłem do lusterka, ułożyłem włosy, a na koniec je wysuszyłem. Udałem się do pokoju, położyłem się na łóżko i zasnąłem.
*
Obudził mnie dźwięk otwierających się drzwi. Otworzyłem oczy, w pokoju panowała jeszcze ciemność.
- Justin? - to był głos Lily.
- Mała, co jest? - zaświeciłem lampkę, która stała obok mojego łóżka. Lily usiadła obok mnie.
- Byłam na dole, aby się czegoś napić i ktoś otwierał kluczem drzwi do domu. Przeraziłam się i przybiegłam do ciebie. - spojrzałem na nią z lekkim niedowierzaniem, przecież nikt nie miał kluczy do mojego domu.
- Jesteś pewna? - wstałem z łóżka, zaraz poczułem wzrok Lily na sobie.
- Jestem pewna Justin. - przytaknęła głową.
- Zostań, pójdę sprawdzić. - nie ukrywam, sam byłem lekko zdziwiony jak i przestraszony.
- Nie, nie zostanę sama. - zaraz złapała się mojej ręki i zeszliśmy na dół. Zaświeciłem światło, zwiedziłem wszystkie zakamarki, lecz nikogo nie było. - Może sprawdź drzwi wejściowe. - wyszeptała Lily, która trzymała się mojej ręki.
- Masz rację. - podszedłem do drzwi i złapałem za klamkę, faktycznie były otwarte. Chciałem zadzwonić na policję, ale mogę mieć w domu prochy.
- Justin, boję się. - Lily praktycznie wisiała mi na szyi.
- Nie bój się, wszystko jest pod kontrolą. - pogłaskałem ją po dłoni, następnie zamknąłem drzwi i wróciliśmy na górę.
- Mogę spać z tobą? - dziewczyna trzepotała rzęsami, w jej oczach gościł strach.
- Nie widzę problemu, ale jeśli mnie się boisz, to musisz przynieść oddzielną kołdrę. - zaśmiałem się.
- Ufam ci. - oboje staliśmy nad łóżkiem w pokoju gościnnym.
- Skoro tak. - położyłem się na łóżku, mała zrobiła to samo. Przykryłem nas kołdrą, Lily odwróciła się plecami do mnie.
- Dobranoc Justin. - usłyszałem.
- Dobranoc Lily. - odpowiedziałem.
*
Obudziłem się sam z siebie. Chciałem się podnieść, lecz coś mi przeszkodziło. Spojrzałem na swoją klatkę, leżała na niej ręka Lily, a na ramieniu jej głowa. Kilka dni temu bym to wykorzystał, ale teraz poznałem Lily, wiem jaka jest. Nie chciałbym jej skrzywdzić. Delikatnie wziąłem jej rękę i odłożyłem na łóżko. Wstałem, nałożyłem szare dresy i udałem się na dół. Ciągle chodziło mi po głowie to wczorajsze zamieszanie, byłem kompletnie zdezorientowany. Poczułem straszną ochotę na marychę, otworzyłem szufladę w salonie, poszperałem - pusto. Poszukałem prochów - pusto.
- Cholera. - wydukałem.
- Coś się stało? - poczułem malutkie dłonie na moich plecach.
- Nic, nic. - odwróciłem się w stronę Lily. - Obudziłem cię? - wróciliśmy do kuchni.
- Nie, chciałam się na ciebie położyć, ale znikłeś. - zaśmiała się.
- Prowokujesz, ach prowokujesz. - pokręciłem głową.
- Oj zdaje ci się. - usiadła na blacie. - To co jemy? - rozglądnęła się po kuchni.
- Myślałem, że ty coś zrobisz. - podrapałem się po głowie.
- Wiesz, nie jestem głodna. - zeszła z blatu i zaczęła chodzić po kuchni śmiejąc się.
- Brałaś coś? - zaśmiałem się podchodząc do niej.
- Coś ty, już nie biorę. - no tak, historia z Liamem.
- Na pewno? - spojrzałem jej w oczy, były naturalne.
- Na pewno tato. - parsknęła śmiechem.
- No dobra, to co jemy? - usłyszałem pukanie do drzwi.
- Otworzę. - Lily pośpiesznie poleciała do drzwi, otworzyła, był to Liam i Harry.
- Ołł, co tu się dzieje? - Liam przeleciał wzrokiem Lily, która była nadal w mojej koszuli, wiedziałem dobrze, co chciałby zrobić w tym momencie.
- Kontrola. - Harry wpadł do domu, za nim Liam.
- Nic, jesteśmy grzeczni! - uniosłem ręce do góry.
- Jasne Bieber, za dobrze cię znam. - Liam rzucił mi mały woreczek z białą zawartością, wiedział czego mi trzeba było do pełnego szczęścia.
- Dzięki stary. Hajs tam gdzie zawsze. - krzyknąłem w jego stronę. Zapomniałem, że Lily na to patrzy.
- Justin. - nagle Lily wyrwała mi woreczek z ręki. - Nie chcesz tego brać. - widziałem na jej twarzy złość.
- Słuchaj Lily, dobrze wiesz, że jestem ćpunem. Wiedziałaś, do kogo się pakujesz. - właściwie to chyba trochę przesadziłem.
- Justin, chcę ci pomóc. - co ona pieprzy?
- Chcesz pomóc ćpunowi? - zacząłem się śmiać. - Mała, nie bądź śmieszna.
- Justin! - dostałem z liścia. Był to jej błąd...
_______________
proszę, rozdział 4 gotowy. jest was bardzo mało - dlaczego? chcecie abym dalej pisała, to możecie "rozsławić" bloga, ponieważ nie opłaca mi się pisać dla kilku osób..
komentujesz=motywujesz!
sobota, 20 czerwca 2015
Rozdział 3
*oczami Lily*
- Co? - spojrzałam na Justina z niedowierzaniem.
- Myślałem, że raz to nic takiego, no ale się pomyliłem. Zayn wracał raz taki przygnębiony, szkoda mi go było, chciałem aby się rozluźnił, nie sądziłem, że zacznie ćpać.
- Justin, to było cholernie głupie, wiesz? - podeszłam do niego bliżej. - Cholernie. - poczułam jedną samotną łez, spływającą po moim policzku.
- Lily, przepraszam. - wybełkotał.
- Mnie nie przepraszaj, przeproś Zayna, któremu rozpierdoliłeś życie. - odwróciłam się gwałtownie i wyszłam z domu trzaskając drzwiami. Potrzebowałam rozmowy z kimś bliskim. Pierwsza myśl - Max. Jestem na niego wściekła, więc nie mam ochoty na dalsze kłótnie. Nogi zaprowadziły mnie do Zayna, wiem, strasznie głupie.
- Zayn? - weszłam do pustego domu.
- Lily, jestem tu. - usłyszałam nagle krzyk z pokoju na górze, od razu się do niego udałam.
- Zayn, musimy pogadać. - weszłam do pokoju, Zayn leżał na łóżku i czytał książkę, nigdy tego nie robił, wolał obejrzeć film. - Czytasz? - zaczęłam się śmiać, usiadłam na łóżku obok niego.
- Czytam, zmieniam swoje życie. - dał mi do ręki jakąś karteczkę, spojrzałam na nią i zobaczyłam duży i wytłuszczony napis "KLINIKA UZALEŻNIEŃ". - Lily, to dla ciebie, nie chcę abyś zapomniała o mnie, chcę być z tobą. - uśmiechał się, a mnie w środku dusiło.
- Zayn, będziesz w zakładzie zamkniętym, może to trwać tygodniami, miesiącami, myślisz, że o tobie nie zapomnę? Będę chciała być otwarta na nowe znajomości, związki. Nie będę siedziała w domu i czekała na ciebie, tak pięknie nie ma. - patrzyłam na niego i po chwili zdałam sobie sprawę, że jest na głodzie.
- Nie Lily, będziesz tylko ze mną, nie oddam cię nikomu rozumiesz? - uniósł głos, wiedziałam, że nic dobrego tego nie wyniknie.
- Zayn, uspokój się najpierw. - złapałam go za rękę, myśląc, że to coś pomoże. On szybko złapał mnie za nadgarstek i mocno ścisnął. - Ałł, puść to boli! - zaczęłam krzyczeć.
- Lily, skarbie, masz wybór - albo będziesz ze mną, albo z nikim innym, rozumiesz? - przybliżył się do mnie, a mnie oblał paraliż, byłam przerażona, nie wiedziałam do czego zmierza.
- My już nie będziemy razem. - wydukałam po chwili ciszy. Zayn wpadł w szał, położył mnie na łózko, jedną ręką trzymał moje nadgarstki, a drugą zaczął mnie dusić. Powoli zaczynało braknąć mi tlenu, zaczęłam bezskutecznie kopać nogami, ale Zayn się nie ugiął. Po chwili puścił moją szyję i zaczął okładać moją twarz pięściami. Nigdy nie doznałam takiego bólu fizycznego i psychicznego. Na jego rękach zobaczyłam krew, wtedy uświadomiłam sobie, że to może być koniec.
- Masz za swoje szmato! - warknął po czym ciągnąc mnie za włosy zrzucił z łóżka. Nie miałam siły się podnieść, chciałam stamtąd uciec i nie wrócić. Zayn widząc, że się nie podnoszę postanowił jeszcze się na nade mną poznęcać. - A teraz wypierdalaj z mojego domu! - i tak po prostu zepchnął mnie ze schodów. Obiłam się aż po drzwi wejściowe. Resztkami sił otworzyłam drzwi i wyczołgałam się na zewnątrz. Usiadłam na krawężniku, łapałam tlen. Na krawężniku zobaczyłam krew, która ścieka z mojej twarzy, otarłam twarz ręką. Po chwili usłyszałam śmiechy, kątem oka spojrzałam w lewą stronę, nie miałam siły odwrócić głowy, ale byłam pewna, że to Justin, Liam i Harry. Miałam rację, Justin zaraz był obok mnie.
- Lily, słyszysz mnie? - szybko klęczał przy mnie, odgarnął moje włosy z twarzy. - Matko.. - usłyszałam.
- Lily, co się stało? - Liam również interweniował.
- Powiedziałam mu, że to koniec, chciał mnie zabić. - wydukałam ostatkami sił, po czym położyłam się na krawężnik.
- Zajmijcie się nią. - Justin szybko wszedł do domu, a chłopaki zadzwonili po karetkę.
- Zayn może sobie coś zrobić, nie myśli racjonalnie, poza tym Justin go zabije, ratujcie go. - wydałam rozkaz.
- On cię prawie zabił, a ty chcesz go ratować? - Harry powiedział ironicznie, miał rację, więc już byłam cicho.
Po chwili nadjechała karetka, Harry i Liam poprowadzili mnie do niej. Jeden z lekarzy pytał się mnie, co mi się stało, nie miałam siły, aby odpowiadać, więc Liam się tym zajął. Mężczyzna chciał zadzwonić na policję, ale stanowczo zabroniłam.
- Musi pani jechać do szpitala. - usłyszałam z ust lekarza.
- To konieczne doktorze? - wydukałam.
- Stwierdziłem u ciebie połamane żebra, trzeba zrobić prześwietlenie, aby potwierdzić diagnozę. - wzdychnęłam, po czym pokiwałam lekko głową zgadzając się.
- Sprawdźcie, czy żyją. - uśmiechnęłam się do chłopaków, następnie wsiadłam do karetki i pojechałam do szpitala.
*oczami Justina*
Kiedy zobaczyłem Lily w tym stanie moje serce rozdupczyło się na miliony kawałków. Ta mała ma coś w sobie, że mnie tak cholernie do siebie przyciąga. Wpadłem do domu Zayna i udałem się na górę.
- Pierdolony sukinkocie! - jak zwykle rzuciłem się na niego. Mogłem opanować to, że od 2 dni jestem na głodzie, lata praktyki.
- Weź stary wyjdź, nie ma kogo żałować. Mała szmaciuga. - kiedy to usłyszałem, myślałem że umrę. Jak można tak mówić o jakiejkolwiek kobiecie?
- To twoja była dziewczyna, kochasz ją, a chciałeś ją zabić, powinieneś się leczyć w psychiatryku. Ona jest jeszcze mała, a ty ją tak potraktowałeś. Nie mogę w to uwierzyć stary. Naucz się w końcu opanowywać swój głód. - powoli się uspokoiłem, ale przypomniałem sobie obraz ledwo żywej Lili. - Ale ci nie odpuszczę. - zacząłem okładać go sierpowymi, nie wiem czy chciałem go zabić, czy go czegoś nauczyć. Chciałem, aby cierpiał jak ta mała, słodka istotka.
- Justin, spokojnie. - ktoś mnie odciągnął, nie ktoś a Harry i Liam.
- Szkoda mi czasu na ciebie. - splunąłem jeszcze na niego i wyszedłem z domu, Lily nie było. - Gdzie Lily? - rozejrzałem się wokół domu.
- Pojechała do szpitala na dalsze badania. - Liam poklepał mnie po plecach.
- To na co czekamy, my też jedziemy. - zacząłem biec w stronę mojego domu po auto. Chwile potem siedzieliśmy w środku i jechaliśmy w stronę szpitala. Po 10 minutach drogi byliśmy już na miejscu.
- Przepraszam, gdzie leży Lily Jones? - spytałem recepcjonistki.
- Sala nr. 18.
- Dziękuję. - udałem się do sali, Lily siedziała na łóżku, a obok niej jakiś chłopak. W środku poczułem... zazdrość? - Lily, wszystko dobrze? - zadałem pytanie wchodząc do sali.
- Tak, już jest lepiej. - Lily uśmiechnęła się do mnie.
- Ten koleś ci przeszkadza? - zaśmiałem się wskazując na nieznajomego mi kolegę.
- To jest Paul, przyjaciel Zayna, pracuje tu, zadzwoniłam do niego, żeby mnie zbadał. - podałem kolesiowi rękę, aby się przywitać.
- Justin. - powiedziałem.
- Paul. - odpowiedział.
- Z małą wszystko dobrze? - spytałem, siadając na jednym z krześle stojącym nieopodal łóżka.
- W miarę tak. Zrobiłem jej kilka podstawowych badań, czekamy na wyniki prześwietlania, być może ma złamane żebra. - wtedy do sali weszła pielęgniarka, podając Paulowi duża, białą kopertę. - Już są. - wyciągnął z niej prześwietlenie, podszedł do okna i ją przeglądał.
- I co? - dopytywałem.
- Dwa złamane żebra, reszta w dobrym stanie. - uśmiechnął się do Lily, a mnie się to nie spodobało, ale przemilczałem sprawę.
- Mogę wrócić do domu? - usłyszałem cichutki głosik.
- Tak, tylko masz leżeć. - Paul wskazał palcem na Lily.
- Tak panie doktorze. - zaśmiała się.
- A i Lily. - Paul wychodził, ale się cofnął. - Muszę zgłosić to na policję. - ponownie usiadł obok niej.
- Nie Paul, nie chcę, aby miał problemy przeze mnie. Ma już wystarczająco dużo kłopotów. - posmutniała, widziałem, że nadal bardzo go kocha.
- Mała, on chciał cię zabić, a ty go bronisz? - do rozmowy włączył się Liam.
- Sama nie wiem. - głośno wzdychnęła.
- Powiadamiam policję. - Paul wyszedł z sali.
- Pomóżcie mu. - Lily powiedziała błagalnym głosem. - Będzie siedział, a ja nie chcę czuć się winna. Poza tym on nie był sobą. - widziałem jak ociera jedną, samotną łez.
- My też ćpamy, ale czy robimy takie rzeczy? Ponoć gdy się jest na głodzie, to wychodzi prawdziwe oblicze człowieka. Widzisz, jaki jest Zayn. - Liam również martwił się o małą.
- Zayn nigdy by mnie nie uderzył, nawet nie uniósł na mnie głosu, nigdy. - spojrzała na nas załzawionymi oczami.
- Musi odpowiedzieć za to, co zrobił. - wstałem z krzesła, aby pomóc Lily wstać, lecz ona odepchnęła mnie. - Chodź, odwiozę cię do domu. - kucnąłem przy niej, chciałem jej pomóc.
- Zadzwonię po ojca. - nawet na mnie nie spojrzała.
- I powiesz mu, że pobił się były chłopak ćpun? - uniosłem jej głowę, aby na mnie spojrzała. Zamilkła.
- Może pojedziesz do Justina, spędzisz tam noc, a ojcu powiesz, że zostałaś na noc u koleżanki. - Harry dał pomysł.
- Nie mam koleżanek, wole towarzystwo chłopaków, laski są fałszywe. - wstała z łóżka. - Powiem, że zagadałam się z Liamem, przecież dawno się nie widzieliśmy. Ojciec cię lubił. - pasowała mi taka propozycja. Udaliśmy się do samochodu, odwieźliśmy chłopaków do domu, a we dwoje pojechaliśmy do mnie do domu.
- Chodź. - pomogłem jej wysiąść z samochodu.
- Dziękuję. - posłała mi uśmiech. Weszliśmy do domu, odprowadziłem ją do mojej sypialni, będzie jej tam wygodniej. - Nie masz nic przeciwko, prawda? - zapytała, kiedy już wychodziłem z pokoju.
- Ależ skąd, cieszę się, że nie będę sam. - zaśmiałem się i wyszedłem z pokoju. Udałem się do kuchni, nalałem w szklankę wody i się napiłem. Ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłem i byłem w szoku. Zobaczyłem dwóch policjantów. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy to to, że szukają Lily.
- Pan Justin Bieber? - jeden z policjantów pomachał mi legitymacją przed oczyma.
- Tak, to ja. W czym mogę pomóc? - nie lubiłem psów, kilka razy siedziałem na dołku.
- Jest pan zatrzymany pod zarzutem pobicia. Pojedzie pan z nami. - wiedziałem, że aresztowali już Zayna, byłem zajebiście wkurwiony.
- Tak, tylko proszę dać mi chwilę. - wziąłem kartkę i zapisałem wiadomość dla Lily. I wyszedłem z policjantami.
_________
na początku chciałam was przeprosić za to, że tak długo nie dodawałam tego rozdziału, ale zaczęły mi się poprawki w szkole. teraz na wakacjach postaram się dodawać częściej rozdziały, ale będzie to też zależało od ilości czytelników.
komentujesz = motywujesz! :)
- Co? - spojrzałam na Justina z niedowierzaniem.
- Myślałem, że raz to nic takiego, no ale się pomyliłem. Zayn wracał raz taki przygnębiony, szkoda mi go było, chciałem aby się rozluźnił, nie sądziłem, że zacznie ćpać.
- Justin, to było cholernie głupie, wiesz? - podeszłam do niego bliżej. - Cholernie. - poczułam jedną samotną łez, spływającą po moim policzku.
- Lily, przepraszam. - wybełkotał.
- Mnie nie przepraszaj, przeproś Zayna, któremu rozpierdoliłeś życie. - odwróciłam się gwałtownie i wyszłam z domu trzaskając drzwiami. Potrzebowałam rozmowy z kimś bliskim. Pierwsza myśl - Max. Jestem na niego wściekła, więc nie mam ochoty na dalsze kłótnie. Nogi zaprowadziły mnie do Zayna, wiem, strasznie głupie.
- Zayn? - weszłam do pustego domu.
- Lily, jestem tu. - usłyszałam nagle krzyk z pokoju na górze, od razu się do niego udałam.
- Zayn, musimy pogadać. - weszłam do pokoju, Zayn leżał na łóżku i czytał książkę, nigdy tego nie robił, wolał obejrzeć film. - Czytasz? - zaczęłam się śmiać, usiadłam na łóżku obok niego.
- Czytam, zmieniam swoje życie. - dał mi do ręki jakąś karteczkę, spojrzałam na nią i zobaczyłam duży i wytłuszczony napis "KLINIKA UZALEŻNIEŃ". - Lily, to dla ciebie, nie chcę abyś zapomniała o mnie, chcę być z tobą. - uśmiechał się, a mnie w środku dusiło.
- Zayn, będziesz w zakładzie zamkniętym, może to trwać tygodniami, miesiącami, myślisz, że o tobie nie zapomnę? Będę chciała być otwarta na nowe znajomości, związki. Nie będę siedziała w domu i czekała na ciebie, tak pięknie nie ma. - patrzyłam na niego i po chwili zdałam sobie sprawę, że jest na głodzie.
- Nie Lily, będziesz tylko ze mną, nie oddam cię nikomu rozumiesz? - uniósł głos, wiedziałam, że nic dobrego tego nie wyniknie.
- Zayn, uspokój się najpierw. - złapałam go za rękę, myśląc, że to coś pomoże. On szybko złapał mnie za nadgarstek i mocno ścisnął. - Ałł, puść to boli! - zaczęłam krzyczeć.
- Lily, skarbie, masz wybór - albo będziesz ze mną, albo z nikim innym, rozumiesz? - przybliżył się do mnie, a mnie oblał paraliż, byłam przerażona, nie wiedziałam do czego zmierza.
- My już nie będziemy razem. - wydukałam po chwili ciszy. Zayn wpadł w szał, położył mnie na łózko, jedną ręką trzymał moje nadgarstki, a drugą zaczął mnie dusić. Powoli zaczynało braknąć mi tlenu, zaczęłam bezskutecznie kopać nogami, ale Zayn się nie ugiął. Po chwili puścił moją szyję i zaczął okładać moją twarz pięściami. Nigdy nie doznałam takiego bólu fizycznego i psychicznego. Na jego rękach zobaczyłam krew, wtedy uświadomiłam sobie, że to może być koniec.
- Masz za swoje szmato! - warknął po czym ciągnąc mnie za włosy zrzucił z łóżka. Nie miałam siły się podnieść, chciałam stamtąd uciec i nie wrócić. Zayn widząc, że się nie podnoszę postanowił jeszcze się na nade mną poznęcać. - A teraz wypierdalaj z mojego domu! - i tak po prostu zepchnął mnie ze schodów. Obiłam się aż po drzwi wejściowe. Resztkami sił otworzyłam drzwi i wyczołgałam się na zewnątrz. Usiadłam na krawężniku, łapałam tlen. Na krawężniku zobaczyłam krew, która ścieka z mojej twarzy, otarłam twarz ręką. Po chwili usłyszałam śmiechy, kątem oka spojrzałam w lewą stronę, nie miałam siły odwrócić głowy, ale byłam pewna, że to Justin, Liam i Harry. Miałam rację, Justin zaraz był obok mnie.
- Lily, słyszysz mnie? - szybko klęczał przy mnie, odgarnął moje włosy z twarzy. - Matko.. - usłyszałam.
- Lily, co się stało? - Liam również interweniował.
- Powiedziałam mu, że to koniec, chciał mnie zabić. - wydukałam ostatkami sił, po czym położyłam się na krawężnik.
- Zajmijcie się nią. - Justin szybko wszedł do domu, a chłopaki zadzwonili po karetkę.
- Zayn może sobie coś zrobić, nie myśli racjonalnie, poza tym Justin go zabije, ratujcie go. - wydałam rozkaz.
- On cię prawie zabił, a ty chcesz go ratować? - Harry powiedział ironicznie, miał rację, więc już byłam cicho.
Po chwili nadjechała karetka, Harry i Liam poprowadzili mnie do niej. Jeden z lekarzy pytał się mnie, co mi się stało, nie miałam siły, aby odpowiadać, więc Liam się tym zajął. Mężczyzna chciał zadzwonić na policję, ale stanowczo zabroniłam.
- Musi pani jechać do szpitala. - usłyszałam z ust lekarza.
- To konieczne doktorze? - wydukałam.
- Stwierdziłem u ciebie połamane żebra, trzeba zrobić prześwietlenie, aby potwierdzić diagnozę. - wzdychnęłam, po czym pokiwałam lekko głową zgadzając się.
- Sprawdźcie, czy żyją. - uśmiechnęłam się do chłopaków, następnie wsiadłam do karetki i pojechałam do szpitala.
*oczami Justina*
Kiedy zobaczyłem Lily w tym stanie moje serce rozdupczyło się na miliony kawałków. Ta mała ma coś w sobie, że mnie tak cholernie do siebie przyciąga. Wpadłem do domu Zayna i udałem się na górę.
- Pierdolony sukinkocie! - jak zwykle rzuciłem się na niego. Mogłem opanować to, że od 2 dni jestem na głodzie, lata praktyki.
- Weź stary wyjdź, nie ma kogo żałować. Mała szmaciuga. - kiedy to usłyszałem, myślałem że umrę. Jak można tak mówić o jakiejkolwiek kobiecie?
- To twoja była dziewczyna, kochasz ją, a chciałeś ją zabić, powinieneś się leczyć w psychiatryku. Ona jest jeszcze mała, a ty ją tak potraktowałeś. Nie mogę w to uwierzyć stary. Naucz się w końcu opanowywać swój głód. - powoli się uspokoiłem, ale przypomniałem sobie obraz ledwo żywej Lili. - Ale ci nie odpuszczę. - zacząłem okładać go sierpowymi, nie wiem czy chciałem go zabić, czy go czegoś nauczyć. Chciałem, aby cierpiał jak ta mała, słodka istotka.
- Justin, spokojnie. - ktoś mnie odciągnął, nie ktoś a Harry i Liam.
- Szkoda mi czasu na ciebie. - splunąłem jeszcze na niego i wyszedłem z domu, Lily nie było. - Gdzie Lily? - rozejrzałem się wokół domu.
- Pojechała do szpitala na dalsze badania. - Liam poklepał mnie po plecach.
- To na co czekamy, my też jedziemy. - zacząłem biec w stronę mojego domu po auto. Chwile potem siedzieliśmy w środku i jechaliśmy w stronę szpitala. Po 10 minutach drogi byliśmy już na miejscu.
- Przepraszam, gdzie leży Lily Jones? - spytałem recepcjonistki.
- Sala nr. 18.
- Dziękuję. - udałem się do sali, Lily siedziała na łóżku, a obok niej jakiś chłopak. W środku poczułem... zazdrość? - Lily, wszystko dobrze? - zadałem pytanie wchodząc do sali.
- Tak, już jest lepiej. - Lily uśmiechnęła się do mnie.
- Ten koleś ci przeszkadza? - zaśmiałem się wskazując na nieznajomego mi kolegę.
- To jest Paul, przyjaciel Zayna, pracuje tu, zadzwoniłam do niego, żeby mnie zbadał. - podałem kolesiowi rękę, aby się przywitać.
- Justin. - powiedziałem.
- Paul. - odpowiedział.
- Z małą wszystko dobrze? - spytałem, siadając na jednym z krześle stojącym nieopodal łóżka.
- W miarę tak. Zrobiłem jej kilka podstawowych badań, czekamy na wyniki prześwietlania, być może ma złamane żebra. - wtedy do sali weszła pielęgniarka, podając Paulowi duża, białą kopertę. - Już są. - wyciągnął z niej prześwietlenie, podszedł do okna i ją przeglądał.
- I co? - dopytywałem.
- Dwa złamane żebra, reszta w dobrym stanie. - uśmiechnął się do Lily, a mnie się to nie spodobało, ale przemilczałem sprawę.
- Mogę wrócić do domu? - usłyszałem cichutki głosik.
- Tak, tylko masz leżeć. - Paul wskazał palcem na Lily.
- Tak panie doktorze. - zaśmiała się.
- A i Lily. - Paul wychodził, ale się cofnął. - Muszę zgłosić to na policję. - ponownie usiadł obok niej.
- Nie Paul, nie chcę, aby miał problemy przeze mnie. Ma już wystarczająco dużo kłopotów. - posmutniała, widziałem, że nadal bardzo go kocha.
- Mała, on chciał cię zabić, a ty go bronisz? - do rozmowy włączył się Liam.
- Sama nie wiem. - głośno wzdychnęła.
- Powiadamiam policję. - Paul wyszedł z sali.
- Pomóżcie mu. - Lily powiedziała błagalnym głosem. - Będzie siedział, a ja nie chcę czuć się winna. Poza tym on nie był sobą. - widziałem jak ociera jedną, samotną łez.
- My też ćpamy, ale czy robimy takie rzeczy? Ponoć gdy się jest na głodzie, to wychodzi prawdziwe oblicze człowieka. Widzisz, jaki jest Zayn. - Liam również martwił się o małą.
- Zayn nigdy by mnie nie uderzył, nawet nie uniósł na mnie głosu, nigdy. - spojrzała na nas załzawionymi oczami.
- Musi odpowiedzieć za to, co zrobił. - wstałem z krzesła, aby pomóc Lily wstać, lecz ona odepchnęła mnie. - Chodź, odwiozę cię do domu. - kucnąłem przy niej, chciałem jej pomóc.
- Zadzwonię po ojca. - nawet na mnie nie spojrzała.
- I powiesz mu, że pobił się były chłopak ćpun? - uniosłem jej głowę, aby na mnie spojrzała. Zamilkła.
- Może pojedziesz do Justina, spędzisz tam noc, a ojcu powiesz, że zostałaś na noc u koleżanki. - Harry dał pomysł.
- Nie mam koleżanek, wole towarzystwo chłopaków, laski są fałszywe. - wstała z łóżka. - Powiem, że zagadałam się z Liamem, przecież dawno się nie widzieliśmy. Ojciec cię lubił. - pasowała mi taka propozycja. Udaliśmy się do samochodu, odwieźliśmy chłopaków do domu, a we dwoje pojechaliśmy do mnie do domu.
- Chodź. - pomogłem jej wysiąść z samochodu.
- Dziękuję. - posłała mi uśmiech. Weszliśmy do domu, odprowadziłem ją do mojej sypialni, będzie jej tam wygodniej. - Nie masz nic przeciwko, prawda? - zapytała, kiedy już wychodziłem z pokoju.
- Ależ skąd, cieszę się, że nie będę sam. - zaśmiałem się i wyszedłem z pokoju. Udałem się do kuchni, nalałem w szklankę wody i się napiłem. Ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłem i byłem w szoku. Zobaczyłem dwóch policjantów. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy to to, że szukają Lily.
- Pan Justin Bieber? - jeden z policjantów pomachał mi legitymacją przed oczyma.
- Tak, to ja. W czym mogę pomóc? - nie lubiłem psów, kilka razy siedziałem na dołku.
- Jest pan zatrzymany pod zarzutem pobicia. Pojedzie pan z nami. - wiedziałem, że aresztowali już Zayna, byłem zajebiście wkurwiony.
- Tak, tylko proszę dać mi chwilę. - wziąłem kartkę i zapisałem wiadomość dla Lily. I wyszedłem z policjantami.
_________
na początku chciałam was przeprosić za to, że tak długo nie dodawałam tego rozdziału, ale zaczęły mi się poprawki w szkole. teraz na wakacjach postaram się dodawać częściej rozdziały, ale będzie to też zależało od ilości czytelników.
komentujesz = motywujesz! :)
sobota, 9 maja 2015
Rozdział 2
*oczami Justina*
Siedzieliśmy tak przez kilka minut. Lily była załamana, a ja ją dobrze rozumiałem.
- Muszę iść. - nagle wyrwała się z moich objęć.
- Obiecaj mi, że nic sobie nie zrobisz. - patrzyłem na nią.
- Przestań, nie znamy się, a ty mi tu z takimi tekstami wylatujesz. - byłem w szoku, przecież chwilę temu sama do mnie lgnęła.
- Mała, co jest? Przecież sama dałaś mi się objąć, a teraz krzyczysz, że się nie znamy. - Lily udała się w lewą stronę i zaczęła iść. Nie pobiegłem za nią, bo wiedziałem, że chce być sama. Sam udałem się do domu. Kiedy byłem bliżej domu, zobaczyłem dwóch moich kumpli - Liama i Harrego.
- Stary, gdzie ty się szlajasz? - przywitałem się z nimi po męsku.
- A wy znów naćpani. - zaśmiałem się, po czym wpuściłem ich do domu. Nie widzieliśmy się ze dwa tygodnie, chłopaki wyjechali rozwozić dragi w innym mieście.
- To gdzie byłeś? Znów Zayn za mocno po ćpał? - chłopaki zaczęli się śmiać, mi jakoś nie było do śmiechu.
- Byłem u niego, ale dziś nic nie brał, bił swoją dziewczynę, musiałem mu przerwać. - Liam i Harry wymielili między sobą znaczące spojrzenia.
- Od kiedy jesteś taki rycerski? - Liam spojrzał na mnie pytająco, po czym z kieszeni wyciągnął skręta i zaczął palić.
- No ale jaka ona jest, hm? - wyrwał się Harry.
- Jest młoda, ma chyba z 17 lat, ale z wyglądu wygląda bardzo dorosło, więc pan Bieber musi się za nią wziąć. - usiadłem obok chłopaków, wyciągnąłem woreczek z białą, sypką zawartością, rozsypałem na stół, zrobiłem 3 kreski dla każdego, po chwili już nich nie było. - Ale ta mała jest trudna z charakteru. - zapaliłem papierosa.
- To nie możesz jej olać i po prostu wziąć pierwszą lepszą? - Liam wyją z lodówki 3 piwa, otworzył i podał nam.
- Nie, ona ma to coś. Zayn to szczęściarz. - uśmiechnąłem się na myśl o Lily.
- Jak chcesz ją zaliczyć, skoro ta mała to laska Zayna? On cię zapierdoli. - Harry martwił się o mój tyłek .
- Spokojnie, zerwała dziś z nim, maleńka jest sama i smutna po zerwaniu, potrzebuje kogoś takiego jak ja...
*oczami Lily*
Obudziłam się przez promienie słoneczne, które wpadały przez moje okno. Spojrzałam na zegar, wskazywał 7:10. Wstałam z łóżka, poszłam do łazienki, wzięłam szybki prysznic, wysuszyłam włosy i ułożyłam je, a następnie wyprostowałam. Zrobiłam sobie lekki makijaż, choć przeważnie nigdy się nie malowałam. Ubrałam na siebie luźne spodenki i bokserkę, a następnie wyszłam z domu.
Weszłam do budynku szkoły, Max stał przy mojej szafce.
- Hej. - pocałowałam go w policzek. Max był dla mnie jak brat, mogłam mu powiedzieć wszystko, ufałam mu bezgranicznie.
- Cześć Lily. - uśmiechnął się, kiedy go ucałowałam. - Jak tam? - stał oparty o moją szafkę.
- Chciałabym wziąć książki. - zaśmiałam się, a on odsunął się od mojej szafki i oparł się o inną. - Wszystko dobrze, a u ciebie? - wyciągnęłam potrzebne książki i spakowałam do torby.
- Niezbyt fajnie. - odparł.
- Co się dzieje? - przeraziłam się, na prawdę.
- Po zakończeniu roku wyprowadzam się z rodzicami do Detroit, klub rodziców upadł, ojciec w Nowym Jorku nie może znaleźć pracy, matka też.. Ojciec postanowił wyjechać do swojej ciotki do Detroit, ja z matką wyjeżdżamy po zakończeniu roku szkolnego, a on jedzie już jutro.. - zajebiście, zostanę sama, ojciec pracuje, Max wyjeżdża, Zayna już nie ma....
- Żartujesz? - zaśmiałam się.
- Nie Lily. Wyjeżdżam za miesiąc. - ciągle stał oparty o szafkę.
- Max, powiedz mi co ze mną jest nie tak, że każdy mnie zostawia? - do moich oczu napłynęły łzy.
- Lily, jesteś fantastyczną dziewczyną, na prawdę nie chcę cię zostawiać, ale muszę. - nie chciałam go teraz widzieć, poszłam w stronę klasy. - Lily, zaczekaj! - usłyszałam w oddali.
Po skończonych lekcjach wyszłam ze szkoły, widziałam puste laski, które stały obok drzwi i o czymś plotkowały, patrzyły na jakiegoś kolesia, który stał przy czarnym BMW. Przymrużyłam oczy, aby lepiej zobaczyć, był to Justin. Udałam się szybko w stronę bramy, aby się z nim nie spotkać.
- Lily! - poczułam szarpnięcie.
- Justin, czego ty chcesz? - odwróciłam się do niego przodem, spotkałam się z jego brązowymi tęczówkami, były hipnotyzujące, ale przeważnie ciągle powiększone, ale teraz nie, były naturalnego rozmiaru.
- Lily, ja nie wiem co ty masz w sobie, ale mnie ciągnie do ciebie. - położył dłoń na moim policzku, miałam odczucie jakby miał zaraz zaatakować moje usta.
- Chcesz, aby Zayn cię zabił? - uniosłam swoje brwi do góry, a on powoli zbliżał się do mnie, czułam jego oddech na mojej twarzy.
- Justin! - krzyknęłam delikatnie przy tym go policzkując.
- Ej, mała. - złapał mnie za ramiona. - Nie podoba ci się? - zaśmiał się.
- Nie! - wyrwałam się i pobiegłam w stronę domu. Miałam już dość chłopaków, każdy mnie wystawia.
Weszłam do domu, zdziwiłam się, bo drzwi były otwarte. Udałam się do środka, w kuchni siedział mój ojciec i pił kawę.
- Tato? - zdziwiłam się.
- Cześć córeczko. - uśmiechnął się.
- Co ty tu robisz? Czemu nie jesteś w pracy? - ojciec po śmierci mamy zaczął pracować dniami i nocami, dla mnie w ogóle nie miał czasu.
- Wziąłem sobie wolne kochanie, zaniedbałem cię i postanowiłem ci to wynagrodzić. - widziałam po jego minie, że jest smutny, przygnębiony.
- Widzę, że kłamiesz. Powiedz, co się dzieje. - usiadłam na przeciw niego.
- Nic córciu, nic. - uśmiechnął się po raz kolejny, ale sztucznie.
- Tato. - podniosłam głos, aby powiedział mi o co chodzi.
- Zwolnili mnie. - od razu spuścił głowę w dół, a mnie zszokowało.
- Nie przejmuj się, znajdziesz sobie nową i może nawet lepszą. - uśmiechnęłam się i pogładziłam ojca po ręku. - A teraz przepraszam, ale idę do siebie. - udałam się schodami na górę do mojego niedużego pokoju.
Kiedy kończyłam odrabiać lekcje, wpadłam na pomysł, aby odwiedzić Justina i złożyć mu pewną propozycję. Nie wiedziałam, gdzie mieszka, więc musiałam iść do domu Zayna.
- Wychodzę tato. - krzyknęłam do ojca, który przeglądał gazetę. Wyszłam z domu i udałam się do Zayna. Po chwili byłam na miejscu. Wiedziałam, że Zayn pewnie jest naćpany, więc weszłam do środka bez pukania. Zayn gotował. Byłam w szoku, ponieważ zawsze upierał się, że nie potrafi.
- Cześć. - wychlipałam.
- Hej. - odparł krótko. - Siadaj gdzieś. - usiadłam na blacie, lubiłam tam siedzieć, ponieważ widziałam wszystko lepiej.
- Zayn, mam prośbę. - spojrzałam na niego, a on od razu rzucił krojenie warzyw i momentalnie znalazł się na przeciw mnie.
- Słucham. - patrzył na mnie takim samym wzrokiem, jak kilka lat temu, kiedy się poznawaliśmy.
- Potrzebuje adresu. - ściszyłam głos.
- Czyjego? - ciągle na mnie patrzył.
- Justina. - momentalnie jego pięści, które spokojnie spoczywały na blacie zacisnęły się, tak samo jak jego szczęka.
- Po chuj? - wyszeptał mi w twarz.
- Mam do niego sprawę, chociaż wiesz, że nie powinnam ci się tłumaczyć. - spojrzałam mu w oczy, były niesamowite, przypominały trochę oczy Justina.
- Chwila. - wziął karteczkę, długopis i zapisał adres. - Proszę. - dał mi go.
- Dziękuję. - chciałam wstać, ale Zayn stał przede mną i widocznie nie chciał mnie puścić.
- Lily, jesteś pewna? - złapał mnie za rękę.
- Czego? - przymrużyłam oczy patrząc na niego.
- Naszego rozstania. Lily, najważniejsze jest uczucie, to co do siebie czujemy. Kochamy się, a ty chcesz mnie zostawić dlatego, że ćpam? - objął mnie w tali, dobrze wiedziałam, co chce zrobić. Pocałował mnie, a ja to odwzajemniłam. Uwielbiałam kiedy jego usta całowały moje. Wplątałam moje ręce w jego włosy, on uniósł mnie, a ja zaplątałam nogi, aby nie upaść. Nasz pocałunek ciągle trwał, a my wylądowaliśmy na kanapie. Zayn chciał mnie rozebrać, ale opamiętałam się w porę.
- Zayn. - przerwałam i złapałam wdech.
- Mała, było wspaniale, a ty chcesz to zepsuć. - jego ciało spoczywało na łokciach nade mną.
- Zayn, pogódź się to koniec. - odepchnęłam go od siebie i wyszłam. Musiałam chwilę ochłonąć, więc chwilę postałam. Następnie udałam się pod podany mi adres. Szłam powoli, nigdzie się nie śpieszyłam. Doszłam pod duży, biały dom. Zadzwoniłam dzwonkiem, nie musiałam długo czekać, drzwi otworzył mi Justin. Mogłam zauważyć, że jest czysty. Kolejny raz.
- Co ty tu robisz? - uśmiechnął się na mój widok.
- Mam sprawę. - odwzajemniłam uśmiech.
- Wchodź i kieruj się do salonu. Kumple zaraz przyjdą, nie masz nic przeciwko? - weszłam do środka, Justin zamknął za mną drzwi.
- Nie, nie. - Justin pokierował mnie do salonu, a kiedy już byłam w salonie usiadłam na kanapie.
- Mów, jaka sprawa. - usiadł na przeciw mnie.
- Wiem, że sprzedajesz prochy... - nagle przerwał mi jego głos.
- Mała, chyba nie chcesz, żebym ci sprzedał? - zaśmiał się, lecz po chwili był już poważny.
- Nie, chcę trochę zarobić. Ojciec stracił pracę, chcę pomóc. - patrzyłam na niego błagalnymi oczami.
- Lily, oszalałaś?! - podniósł głos, a ja aż podskoczyłam. - Nie ma mowy!
- Justin! - ja również krzyknęłam. - Pozwól mi. - wybłagałam.
- Lily, wiesz jakie to niebezpieczne? - przybliżył się do mnie. - Gdyby coś ci się stało, to chyba bym się zajebał. - gładził ręką po moim policzku. - Poza tym ja się tym już nie zajmuję.
- Justin, nie zaczynaj. - odłożyłam jego rękę na jego nogi. - To kto się tym zajmuje? - chciałam się dowiedzieć.
- Moi kumple. - jak na zawołanie do salonu weszło dwóch chłopaków, wydawali się jacyś znajomi. Nie myliłam się, znałam ich bardzo dobrze.
- Harry? Liam? - wytrzeszczyłam oczy.
- Lily? Co ty tu robisz? - Liam od razu zaczerwieniał, a Harry był zmieszany tą sytuacją.
- A wy? Przecież wyjechaliście? - nie ukrywam, że na ich widok złapały mnie dreszcze, nadal się ich bałam.
- Co tu się dzieje? Skąd wy się kurwa znacie? - Justin był zdezorientowany.
- Może Liam opowiesz co? - uśmiechnęłam się ironicznie do niego? - Widzę, że mowę ci odjęło. Więc ja opowiem. Liam "zaszczepił" mnie narkotykami. Wstrzyknął mi kiedyś to gówno, choć się opierałam. Potem czternastolatka zaczęła ćpać. Śmieszne co nie? - zaczęłam się śmiać, lecz do moich oczu napłynęły łzy. Kątem oka spojrzałam na Justina, był wkurwiony, bardzo.
*oczami Justina*
- Co za skurwysyn z ciebie, żeby dawać czternastolatce prochy. Posrało cię? - wstałem i rzuciłem się na Liama, ale Lily szybko nas rozdzieliła.
- Justin, uspokój się, było minęło. - spojrzała na mnie, po czym z powrotem usiadłem na kanapie. Po chwili ciszy Harry zaczął rozmowę.
- Byliśmy u Zayna, jest załamany. Jego laska kopnęła go w tyłek. - chłopaki usiedli na kanapie obok mnie.
- To wy znacie Zayna? - Lily spojrzała na nich z wielkim zdziwieniem.
- Znamy a co? - Harry patrzył na Lily.
- To przez was o ćpa, tak? - Lily wpadła w szał, ale niestety bardzo się myliła.
- Lily, spokojnie, nie przez nas. - Liam uniósł ręce ku górze.
- Lily, to nie przez nich. - wydukałem.
- To niby przez kogo? - dziewczyna uspokoiła się i usiadła ponownie na kanapie.
- Lily.. Ja Zaynowi pierwszy raz podałem prochy...
____
cześć!
i proszę, 2 rozdział jest. :)
ale widzę, że jest was bardzo mało.
tak jak zapowiadałam, rozdziały są krótkie.
myślę, że 2 rozdział wam się spodoba. zapraszam do czytania!
czytasz? - komentuj, a mnie motywujesz do pisania.
Siedzieliśmy tak przez kilka minut. Lily była załamana, a ja ją dobrze rozumiałem.
- Muszę iść. - nagle wyrwała się z moich objęć.
- Obiecaj mi, że nic sobie nie zrobisz. - patrzyłem na nią.
- Przestań, nie znamy się, a ty mi tu z takimi tekstami wylatujesz. - byłem w szoku, przecież chwilę temu sama do mnie lgnęła.
- Mała, co jest? Przecież sama dałaś mi się objąć, a teraz krzyczysz, że się nie znamy. - Lily udała się w lewą stronę i zaczęła iść. Nie pobiegłem za nią, bo wiedziałem, że chce być sama. Sam udałem się do domu. Kiedy byłem bliżej domu, zobaczyłem dwóch moich kumpli - Liama i Harrego.
- Stary, gdzie ty się szlajasz? - przywitałem się z nimi po męsku.
- A wy znów naćpani. - zaśmiałem się, po czym wpuściłem ich do domu. Nie widzieliśmy się ze dwa tygodnie, chłopaki wyjechali rozwozić dragi w innym mieście.
- To gdzie byłeś? Znów Zayn za mocno po ćpał? - chłopaki zaczęli się śmiać, mi jakoś nie było do śmiechu.
- Byłem u niego, ale dziś nic nie brał, bił swoją dziewczynę, musiałem mu przerwać. - Liam i Harry wymielili między sobą znaczące spojrzenia.
- Od kiedy jesteś taki rycerski? - Liam spojrzał na mnie pytająco, po czym z kieszeni wyciągnął skręta i zaczął palić.
- No ale jaka ona jest, hm? - wyrwał się Harry.
- Jest młoda, ma chyba z 17 lat, ale z wyglądu wygląda bardzo dorosło, więc pan Bieber musi się za nią wziąć. - usiadłem obok chłopaków, wyciągnąłem woreczek z białą, sypką zawartością, rozsypałem na stół, zrobiłem 3 kreski dla każdego, po chwili już nich nie było. - Ale ta mała jest trudna z charakteru. - zapaliłem papierosa.
- To nie możesz jej olać i po prostu wziąć pierwszą lepszą? - Liam wyją z lodówki 3 piwa, otworzył i podał nam.
- Nie, ona ma to coś. Zayn to szczęściarz. - uśmiechnąłem się na myśl o Lily.
- Jak chcesz ją zaliczyć, skoro ta mała to laska Zayna? On cię zapierdoli. - Harry martwił się o mój tyłek .
- Spokojnie, zerwała dziś z nim, maleńka jest sama i smutna po zerwaniu, potrzebuje kogoś takiego jak ja...
*oczami Lily*
Obudziłam się przez promienie słoneczne, które wpadały przez moje okno. Spojrzałam na zegar, wskazywał 7:10. Wstałam z łóżka, poszłam do łazienki, wzięłam szybki prysznic, wysuszyłam włosy i ułożyłam je, a następnie wyprostowałam. Zrobiłam sobie lekki makijaż, choć przeważnie nigdy się nie malowałam. Ubrałam na siebie luźne spodenki i bokserkę, a następnie wyszłam z domu.
Weszłam do budynku szkoły, Max stał przy mojej szafce.
- Hej. - pocałowałam go w policzek. Max był dla mnie jak brat, mogłam mu powiedzieć wszystko, ufałam mu bezgranicznie.
- Cześć Lily. - uśmiechnął się, kiedy go ucałowałam. - Jak tam? - stał oparty o moją szafkę.
- Chciałabym wziąć książki. - zaśmiałam się, a on odsunął się od mojej szafki i oparł się o inną. - Wszystko dobrze, a u ciebie? - wyciągnęłam potrzebne książki i spakowałam do torby.
- Niezbyt fajnie. - odparł.
- Co się dzieje? - przeraziłam się, na prawdę.
- Po zakończeniu roku wyprowadzam się z rodzicami do Detroit, klub rodziców upadł, ojciec w Nowym Jorku nie może znaleźć pracy, matka też.. Ojciec postanowił wyjechać do swojej ciotki do Detroit, ja z matką wyjeżdżamy po zakończeniu roku szkolnego, a on jedzie już jutro.. - zajebiście, zostanę sama, ojciec pracuje, Max wyjeżdża, Zayna już nie ma....
- Żartujesz? - zaśmiałam się.
- Nie Lily. Wyjeżdżam za miesiąc. - ciągle stał oparty o szafkę.
- Max, powiedz mi co ze mną jest nie tak, że każdy mnie zostawia? - do moich oczu napłynęły łzy.
- Lily, jesteś fantastyczną dziewczyną, na prawdę nie chcę cię zostawiać, ale muszę. - nie chciałam go teraz widzieć, poszłam w stronę klasy. - Lily, zaczekaj! - usłyszałam w oddali.
Po skończonych lekcjach wyszłam ze szkoły, widziałam puste laski, które stały obok drzwi i o czymś plotkowały, patrzyły na jakiegoś kolesia, który stał przy czarnym BMW. Przymrużyłam oczy, aby lepiej zobaczyć, był to Justin. Udałam się szybko w stronę bramy, aby się z nim nie spotkać.
- Lily! - poczułam szarpnięcie.
- Justin, czego ty chcesz? - odwróciłam się do niego przodem, spotkałam się z jego brązowymi tęczówkami, były hipnotyzujące, ale przeważnie ciągle powiększone, ale teraz nie, były naturalnego rozmiaru.
- Lily, ja nie wiem co ty masz w sobie, ale mnie ciągnie do ciebie. - położył dłoń na moim policzku, miałam odczucie jakby miał zaraz zaatakować moje usta.
- Chcesz, aby Zayn cię zabił? - uniosłam swoje brwi do góry, a on powoli zbliżał się do mnie, czułam jego oddech na mojej twarzy.
- Justin! - krzyknęłam delikatnie przy tym go policzkując.
- Ej, mała. - złapał mnie za ramiona. - Nie podoba ci się? - zaśmiał się.
- Nie! - wyrwałam się i pobiegłam w stronę domu. Miałam już dość chłopaków, każdy mnie wystawia.
Weszłam do domu, zdziwiłam się, bo drzwi były otwarte. Udałam się do środka, w kuchni siedział mój ojciec i pił kawę.
- Tato? - zdziwiłam się.
- Cześć córeczko. - uśmiechnął się.
- Co ty tu robisz? Czemu nie jesteś w pracy? - ojciec po śmierci mamy zaczął pracować dniami i nocami, dla mnie w ogóle nie miał czasu.
- Wziąłem sobie wolne kochanie, zaniedbałem cię i postanowiłem ci to wynagrodzić. - widziałam po jego minie, że jest smutny, przygnębiony.
- Widzę, że kłamiesz. Powiedz, co się dzieje. - usiadłam na przeciw niego.
- Nic córciu, nic. - uśmiechnął się po raz kolejny, ale sztucznie.
- Tato. - podniosłam głos, aby powiedział mi o co chodzi.
- Zwolnili mnie. - od razu spuścił głowę w dół, a mnie zszokowało.
- Nie przejmuj się, znajdziesz sobie nową i może nawet lepszą. - uśmiechnęłam się i pogładziłam ojca po ręku. - A teraz przepraszam, ale idę do siebie. - udałam się schodami na górę do mojego niedużego pokoju.
Kiedy kończyłam odrabiać lekcje, wpadłam na pomysł, aby odwiedzić Justina i złożyć mu pewną propozycję. Nie wiedziałam, gdzie mieszka, więc musiałam iść do domu Zayna.
- Wychodzę tato. - krzyknęłam do ojca, który przeglądał gazetę. Wyszłam z domu i udałam się do Zayna. Po chwili byłam na miejscu. Wiedziałam, że Zayn pewnie jest naćpany, więc weszłam do środka bez pukania. Zayn gotował. Byłam w szoku, ponieważ zawsze upierał się, że nie potrafi.
- Cześć. - wychlipałam.
- Hej. - odparł krótko. - Siadaj gdzieś. - usiadłam na blacie, lubiłam tam siedzieć, ponieważ widziałam wszystko lepiej.
- Zayn, mam prośbę. - spojrzałam na niego, a on od razu rzucił krojenie warzyw i momentalnie znalazł się na przeciw mnie.
- Słucham. - patrzył na mnie takim samym wzrokiem, jak kilka lat temu, kiedy się poznawaliśmy.
- Potrzebuje adresu. - ściszyłam głos.
- Czyjego? - ciągle na mnie patrzył.
- Justina. - momentalnie jego pięści, które spokojnie spoczywały na blacie zacisnęły się, tak samo jak jego szczęka.
- Po chuj? - wyszeptał mi w twarz.
- Mam do niego sprawę, chociaż wiesz, że nie powinnam ci się tłumaczyć. - spojrzałam mu w oczy, były niesamowite, przypominały trochę oczy Justina.
- Chwila. - wziął karteczkę, długopis i zapisał adres. - Proszę. - dał mi go.
- Dziękuję. - chciałam wstać, ale Zayn stał przede mną i widocznie nie chciał mnie puścić.
- Lily, jesteś pewna? - złapał mnie za rękę.
- Czego? - przymrużyłam oczy patrząc na niego.
- Naszego rozstania. Lily, najważniejsze jest uczucie, to co do siebie czujemy. Kochamy się, a ty chcesz mnie zostawić dlatego, że ćpam? - objął mnie w tali, dobrze wiedziałam, co chce zrobić. Pocałował mnie, a ja to odwzajemniłam. Uwielbiałam kiedy jego usta całowały moje. Wplątałam moje ręce w jego włosy, on uniósł mnie, a ja zaplątałam nogi, aby nie upaść. Nasz pocałunek ciągle trwał, a my wylądowaliśmy na kanapie. Zayn chciał mnie rozebrać, ale opamiętałam się w porę.
- Zayn. - przerwałam i złapałam wdech.
- Mała, było wspaniale, a ty chcesz to zepsuć. - jego ciało spoczywało na łokciach nade mną.
- Zayn, pogódź się to koniec. - odepchnęłam go od siebie i wyszłam. Musiałam chwilę ochłonąć, więc chwilę postałam. Następnie udałam się pod podany mi adres. Szłam powoli, nigdzie się nie śpieszyłam. Doszłam pod duży, biały dom. Zadzwoniłam dzwonkiem, nie musiałam długo czekać, drzwi otworzył mi Justin. Mogłam zauważyć, że jest czysty. Kolejny raz.
- Co ty tu robisz? - uśmiechnął się na mój widok.
- Mam sprawę. - odwzajemniłam uśmiech.
- Wchodź i kieruj się do salonu. Kumple zaraz przyjdą, nie masz nic przeciwko? - weszłam do środka, Justin zamknął za mną drzwi.
- Nie, nie. - Justin pokierował mnie do salonu, a kiedy już byłam w salonie usiadłam na kanapie.
- Mów, jaka sprawa. - usiadł na przeciw mnie.
- Wiem, że sprzedajesz prochy... - nagle przerwał mi jego głos.
- Mała, chyba nie chcesz, żebym ci sprzedał? - zaśmiał się, lecz po chwili był już poważny.
- Nie, chcę trochę zarobić. Ojciec stracił pracę, chcę pomóc. - patrzyłam na niego błagalnymi oczami.
- Lily, oszalałaś?! - podniósł głos, a ja aż podskoczyłam. - Nie ma mowy!
- Justin! - ja również krzyknęłam. - Pozwól mi. - wybłagałam.
- Lily, wiesz jakie to niebezpieczne? - przybliżył się do mnie. - Gdyby coś ci się stało, to chyba bym się zajebał. - gładził ręką po moim policzku. - Poza tym ja się tym już nie zajmuję.
- Justin, nie zaczynaj. - odłożyłam jego rękę na jego nogi. - To kto się tym zajmuje? - chciałam się dowiedzieć.
- Moi kumple. - jak na zawołanie do salonu weszło dwóch chłopaków, wydawali się jacyś znajomi. Nie myliłam się, znałam ich bardzo dobrze.
- Harry? Liam? - wytrzeszczyłam oczy.
- Lily? Co ty tu robisz? - Liam od razu zaczerwieniał, a Harry był zmieszany tą sytuacją.
- A wy? Przecież wyjechaliście? - nie ukrywam, że na ich widok złapały mnie dreszcze, nadal się ich bałam.
- Co tu się dzieje? Skąd wy się kurwa znacie? - Justin był zdezorientowany.
- Może Liam opowiesz co? - uśmiechnęłam się ironicznie do niego? - Widzę, że mowę ci odjęło. Więc ja opowiem. Liam "zaszczepił" mnie narkotykami. Wstrzyknął mi kiedyś to gówno, choć się opierałam. Potem czternastolatka zaczęła ćpać. Śmieszne co nie? - zaczęłam się śmiać, lecz do moich oczu napłynęły łzy. Kątem oka spojrzałam na Justina, był wkurwiony, bardzo.
*oczami Justina*
- Co za skurwysyn z ciebie, żeby dawać czternastolatce prochy. Posrało cię? - wstałem i rzuciłem się na Liama, ale Lily szybko nas rozdzieliła.
- Justin, uspokój się, było minęło. - spojrzała na mnie, po czym z powrotem usiadłem na kanapie. Po chwili ciszy Harry zaczął rozmowę.
- Byliśmy u Zayna, jest załamany. Jego laska kopnęła go w tyłek. - chłopaki usiedli na kanapie obok mnie.
- To wy znacie Zayna? - Lily spojrzała na nich z wielkim zdziwieniem.
- Znamy a co? - Harry patrzył na Lily.
- To przez was o ćpa, tak? - Lily wpadła w szał, ale niestety bardzo się myliła.
- Lily, spokojnie, nie przez nas. - Liam uniósł ręce ku górze.
- Lily, to nie przez nich. - wydukałem.
- To niby przez kogo? - dziewczyna uspokoiła się i usiadła ponownie na kanapie.
- Lily.. Ja Zaynowi pierwszy raz podałem prochy...
____
cześć!
i proszę, 2 rozdział jest. :)
ale widzę, że jest was bardzo mało.
tak jak zapowiadałam, rozdziały są krótkie.
myślę, że 2 rozdział wam się spodoba. zapraszam do czytania!
czytasz? - komentuj, a mnie motywujesz do pisania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)